Addis Abeba, przylot i droga do Bahir Dar

Dzień 1 – 11.10.2010
Lot minął dość szybko. Lecąc już nad Afryką ciemną nocą dostrzec można było wyraźnie podwójną linie świateł ciągnącą się wzdłuż Nilu. Podchodząc do lądowania już było widać, że za chwilę znajdziemy się  w zupełnie innym świecie. Nawet z tej wysokości widać chaos, nieregularny układ ulic i plamy ciemności w centrum miasta. Lotnisko Bole w Addis Abebie przy pierwszym zetknięciu wyglądało zupełnie normalnie. Zakup wizy za 20 $, odprawa i odbiór bagażu odbyły się bezproblemowo. W naszym samolocie z Istambułu leciało chyba ze 30 rodaków więc dość śmiesznie wyszło gdy w kolejce po wizy stali niemal sami Polacy, którzy szybko ulotnili się za rezydentką jednego z większych polskich biur podróży. 
Po odprawie mieliśmy pierwszy dylemat bo była 2.30 w nocy a autobus do Bahir Daru miał odjeżdżać dopiero o 5.30. Wyszliśmy na część ogólnodostępną lotniska by przeczekać kilka godzin do świtu. Towarzystwo samych czarnych twarzy w środku nocy budziło lekkie spięcie. Zarówno ja jak i Jarek byliśmy po raz pierwszy w czarnej Afryce. Jeszcze przed wyjazdem szukałem w Internecie informacji od backpackersów o tym jaki jest odbiór Afryki przez osoby podróżujące dotychczas głównie po Azji. Niczego takiego nie znalazłem więc przyszło się mierzyć z nowym doświadczeniem samemu. Na pierwszy rzut oka widać, że mieszkancy Etiopii nie są typowymi krępymi murzynami z szerokimi nosami i grubymi wargami. Mają smukłe nieco europejskie rysy twarzy i jaśniejszą skórę, coś jak Morgan Frejman lub Barack Obama. Po lotnisku snuli się jak cienie, bez celu, bez ładu i składu, śpią po kątach mocno stłamszeni lub bacznie się nam przyglądają bez cienia skrępowania. Idziemy na pierwszą lokalną kawę, która jest bardzo dobra i tak doczekujemy godziny wyjścia na zewnątrz. Jest jeszcze ciemno i taksówek niewiele więc nasza pozycja negocjacyjna jest słaba. Bierzemy jedną za 160 birrów ( 10 $) po niewielkiej zniżce. Relacje cenowe są nam nieznane, a właściwie stały się nieznane gdy tylko wymieniliśmy walute na lotnisku i zamiast spodziewanych 10 B za dolara dostaliśmy 16. No coż, inflacja była w Etiopii ostatnio wysoka i przez to wszystkie ceny wskazane w Lonely Planet stały się nieaktualne. Tu mam ważną wskazówkę- walutę trzeba wymienić na lotnisku koniecznie przed odprawą paszportową, ponieważ w innych częściach lotniska nie ma kantorów.  
Jedziemy do centrum, taksówka ledwo trzyma się kupy, to pewnie 30 letnia Łada, która doskonale pamięta czasy dyktatury Mengistu. Pierwsze chwile są ciekawe. Zapach powietrza jest dla mnie mieszanką Maroka i Indii. Jest jednak znacznie chłodniej, wręcz zimno. Addis jest położone powyżej 2000 m.n.p.m. Ulice nie wyglądają tak źle jak się tego spodziewałem, kilka wysokich budynków, trochę neonów i zupełna pustka o tej porze. Im dalej od lotniska tym ciemniej i bardziej slumsowato. Dojeżdżamy do okolic dworca kolejowego La Garze skąd spodziewamy się złapać autobus do Bihar Daru, tzw. Selam Bus. W dziwnym ciemnym zagajniku czeka grupka ludzi poobwijanych szmatami i łypiących na nas białymi oczami jedynie widocznymi w ciemności. Szybko okazuje się, że na ten kurs nie ma już miejsc a następny jest dopiero jutro. Próbowaliśmy zrobić rezerwację przez Internet jeszcze przed wyjazdem ale bez płatności nie ma takiej możliwości, z drugiej strony nie byłoopcji zapłacenia kartą więc pozostało nam przyjechać „na żywioł”. No ale nic, trzeba kombinować dalej. Łapiemy kolejną taxi, która za 50B zawozi nas na nieodległy plac, z którego odjeżdżają autobusy fimy Sky Bus. I znowu to samo… nie ma już miejsc. Ludzie polecają nam jednak zaczekać gdyż zdarza się, że ktoś nie przychodzi i miejsce się zwalnia. I tak się właśnie dzieje! Znajdują się 2 miejsca w autobusie do Gonder, który jedzie przez Bihar Dar. Siadamy na samym końcu w autobusie pełnym czarnych głów i odpadamy szybko w sen zaraz za rogatkami Addis, które kończą się nie wiedzieć kiedy. Gdy wstaje dzień dostrzegam za oknem krajobraz, który można by nazwać podobnie jak ktoś to uczynił w innej relacji z Etiopii – „Mazowsze we wrześniu”.  Trudno uwierzyć, że taki szmat drogi a różnice niewielkie. Gdy jednak skupić się na szczegółach, widać, że tak nie jest. W autobusie jedzie się dobrze, droga jest asfaltowa do samego Bihar Daru. Jesteśmy pełni optymizmu co do stanu dróg nie mając świadomości co nas jeszcze czeka i jak bardzo wpływa to na przebieg podróży.  
W autobusie dostajemy śniadanie w postaci kawałka ciastka, butelki wody i herbaty. Na pokładzie jest stewardessa, która chodzi ze zwykłym czajnikiem i nalew ludziom do kubków w trakcie jazdy, zalewając herbatę bądź to kawę. Widok co by nie było komiczny 🙂
Po drodze mijamy wąwóz Nilu Błękitnego gdzie mamy nieplanowany postój. Na skarpie zawisła cysterna i o mało nie spadła, droga jest zablokowana bo próbują ją wyciągnąć znad przepaści. Jest więc pierwsza okazja wyskoczyć i porobić kilka zdjęć a przy okazji refleksja na temat bezpieczeństwa w ruchu kołowym w Etiopii.   
Następny przystanek jest już zaplanowany i pozwala nam poznać przydrożną prowincję z barami z innej epoki gdzie wszystko jest czarne i lepi się od brudu. Ludzie są tu nadzwyczaj sympatyczni, chętnie rozmawiają gdy tylko pozwalają im na to umiejętności lingwistyczne. 
Po 8 h drogi docieramy do celu. Wybieramy hotel Ghion położony niespełna 100 metrów od miejsca gdzie nas wysadzono. Oczywiście pojawiają z miejsca liczni taksówkarze, chcący nas uszczęśliwić 100 metrowym kursem jednak nie dajemy się zwieźć ufając mapce z przewodnika. Hotel położony jest w ładnym ogrodzie w niewielkim oddaleniu od drogi przez co jest ciszej i przytulniej. Od drugiej strony graniczy z jeziorem Tana. Pokoje przypominają domki kempingowe w ośrodku wczasowym w Sławie w latach 80-tych – to parterowe szeregowe boksy, i są w miarę ok. Przyjemne otoczenie nadrabia za jakość pokoju, które tez nie jest najgorsza. Są moskitiery i ciepła woda. 
Dowiadujemy się w hotelu, że jeszcze dziś mamy okazję pojechać nas wodospady Tis Ysad na Nilu, co by nam fajnie przyspieszyło plan. I tak po 1,5 doby w podróży mam 5 minut na prysznic i w drogę. Małym busem spod hotelu wyjeżdżamy razem z grupką Hiszpanów. Wjeżdżamy do centrum Bihar Daru i do bocznych uliczek wcześniej nie widzianych z perspektywy drogi krajowej. Dopiero tu odsłania nam się kawałek Afryki jakiej się spodziewaliśmy. Prymitywne domy, rynsztoki, krowy i owce biegające po suchym klepisku, obszarpani i bosi ludzie dźwigający niewyobrażalnie wielkie pakunki, kobiety z bukłakami wody na głowach i wszędobylskie umorusane dzieci z wielkimi czarnymi oczami. Nie trudno nie dostrzec też organizacji i tempa pracy Afrykańczyków, którzy wiecznie na coś czekają, żaden proces nie jest u nich płynny, wciąż się zawiesza, bo to na ktoś nie zapłacić, bo kierowca wyskoczył do sklepu, bo milion innych powodów. Tu się po prostu czeka. Jest godzina 16 i stoimy, słońce zajdzie około 19 więc grupka zaczyna się burzyć. To nasza pierwsza lekcja, że w Etiopii zawsze trzeba kogoś trochę „kopnąć” by się ruszył.  W końcu ruszamy i przez 1h jedziemy kamienistą drogą po niemiłosiernych wybojach. 
Jest upał ale okna mamy zamknięte by nie wdychać tumanów kurzu unoszonych przez koła autobusu. Robi się weselej w autobusie gdy puszczamy w ruch whisky ze strefy bezcłowej. Przy wodospadach otacza nas chmara dzieciaków chcących coś sprzedać, opowiadać, być przewodnikiem lub po prostu dostać długopis. Jeszcze nie wiemy, że by dźwiękach haseł „Mister pen please, one dollar, where you from, i will be your guide” przyjdzie nam spędzić kolejne 18 dni słysząc je tysiąckroć. Wesoła gromadka towarzyszy nam całą drogę 15 minutowego spaceru do wodospadu i nie sposób od nich uciec. 
 Widok na przelewające się wody Nilu błękitnego jest fantastyczny. Dzięki nieustannie zwilżonemu powierztu rośnie tu bujna roślinność niczym w dżungli. Przy wodospadzie czekamy na zachód słonca i wracamy do busa. Oczywiście o chwili zadumy i odcięcia nie ma mowy, mimo iż odmowiłem już kupienia fujarki, bębenków, czapki i obrusa ciągle padają nowe propozycje z dopiskiem very good price mister espacially for you. Oczywiście zdaję sobie sprawę z sytuacji i na każdej wyprawie te same dylematy dźwięczą mi w głowie. Rozsądek jednak czasem przegrywa tą batalię i tak się dzieje tym razem. A że był półmrok, a że etiopskie birry to najbardziej zeszmatłacone banknoty jakie widziałem to jedynki mylą mi się z dziesiątkami i nasz samozwańczy guide dostaje 40 zamiast 4 B za przysługę. I nie mu na zdrowie będzie. Kontakt z tutejszymi banknotami wzbudza nagłą potrzebę umycia dłoni, szczególnie z mniejszymi nominałami, które od brudu tracą unikalność i wyglądają wszystkie podobnie. 
Wracamy już po zmroku obgryzając trzcinę cukrową, która nie wiadomo jak znalazła się w busie. Mijając wioski i stojących przy drodze ludzi zwracam uwagę na wyjątkową urodę tutejszych kobiet i dziewczyn. Mają niespotykane rysy twarzy i piękne, wielkie oczy. Za oknem w oddali niebo błyska się od odległej burzy, a Jarek snuje historie swej ostatniej podroży do Uzbekistanu. Z muzyką na uszach odpływam w myślach próbując uzmysłowić sobie swoje położenie na mapie, co zawsze czynię pierwszego dnia na wyjeździe.
Wracamy do hotelu, a tu pod recepcją niespodzianka – samochód terenowy na polskich blachach i to jeszcze z Trzebnicy. W Etiopii nie widać w ogóle obcych blach a tu akurat polskie i to jeszcze spod Wrocławia! Chwilę później poznajemy 3 ludzi, którzy podróżują tym pojazdem. Nasze trasy będą się przecinać jeszcze wiele razy. W restauracji hotelowej zamawiamy piwo (St. George- lekko lurowate niczym amerykańskie browce) i jedzenie – injera z mięsem mielonym. To tylko chyba przez mój wilczy głód zdołałem to zjeść, bynajmniej nie przez smak lecz przez brak świadomości pochodzenia tego mięsa. Wszystko jednak jest jak należy. Injera – kwaśny gąbczasty placek dodawany do większości etiopskich potraw, okazuje się czymś unikalnym w smaku choć do rarytasów nie należy. Najbardziej oczekiwaną czynnością jest teraz jednak pójście spać. Odpadam w kilka sekund po krótkim rekonesansie stanu zakomarzenia w izbie.
Konkrety:
Przelicznik waluty: 1 USD = 16 B ( birr) , 100 B = 18 zł  ( listopad 2010)
                                  
Wiza wyjazdowa 20 $
– kawa na lotnisku – 16 B
– Taxi lotnisko – dworzec Selam bus ( La Garze) – 160 B
– Taxi między dworcami Selam bus i Sky Bus – 50 B ( zdarł nas bo się spieszylismy, a można iść na piechotę max. 10 minut)
– Addis Abeba – Bihar Dar (Sky bus)  – 307 B
– Puszka Coca – cola – 5B
– Nocleg Hotel Ghion w Bahor Dar – 125 B/os ( w pokoju dwuosobowym)
– wycieczka nad wodospady Tis Ysad – 150 B/os
– Obiad ( injera z mięsem mielonym + piwo) – 40B
Koszt dnia = 782 B

2 komentarze

  • Te reportaże są fantastyczne! można się poczuć, jakby samemu się podróżowało po rozmaitych opisywanych miejscach. Świetne!

  • RD

    Dzięki :)Juz za kilka dni kolejna relacja. Tym razem z RPA!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.