Agra i droga do Jaipuru

Dzień 3 – 25.10.2009

Rano schodzimy do auta a tu obok Rajana siedzi sobie jakiś gość i stara się być cholernie miły. Coś nam śmierdzi. Ale nic, jedziemy wymienić kasę. Dziś ma być inaczej.  Już w kantorze kilka ciężkich zdań w kierunku sprzedawcy dają dobry skutek bo rezygnuje z narzuconej prowizji, o której ani słowa nie ma napisane. To już po prostu taka nacja, która musi usłyszeć świst bata żeby przestać świrować.
Rajan znów próbuje nas wieźć do „swoich” restauracji, w których gości jedynie przeciąg, kucharza trzeba zawołać żeby napalił w piecu a w menu posiłki są co najmniej 2 razy droższe. Ciśnienie mi rośnie od razu gdy widzę ich dziecinne triki, na które niby mielibyśmy się nabrać. Jadąc wskazuję mu paluchem gdzie ma się zatrzymać, na czuja, oczywiście w środku siedzi sobie spokojnie kilku miejscowych, ceny są śmiesznie niskie więc zostajemy. W trakcie posiłku dostrzegam mysz grasującą po podłodze, ale by nie musieć szukać kolejnego lokalu nie mówię nic Sandrze. Jedzenie jest całkiem ok. Facet siedzący w aucie okazuje się samozwańczym przewodnikiem po Taj Mahalu i oferuje 150 INR za cały dzień. W sumie tanio, ale my lubimy sami snuć się po zabytkach i łapać własny klimat. Do tego nikt go tu nie prosił a nachalna forma działa na mnie z odwrotnym skutkiem więc stanowczo odmawiamy. Wbijamy się w tłum w kierunku największego zabytku Indii. Trzeba się ostro odganiać od rikszarzy i handlarzy. Biały człowiek nie może się tu „skalać” 10 minutowym spacerem w pogodny poranek bo od razu ma 100 rikszarzy na głowie. Ale i tak jest łatwiej niż w Angor Wat bo wystarczy jedno „nie” i nikt nie łazi na nami przez dłużej niż 1 minutę. Kolejka do Taj Mahala jest długa, większość to hindusi, osobna kolejka dla 10 kobiet i 500 facetów. Stoją gęsiego stykając się nawzajem,  jak w korku ulicznym – jeśli zostawisz centymetr luzu to od razu ktoś się wciśnie. Strażnicy porządkowi chodzą z kijami bambusowymi i trącają dorosłych facetów jak urwisów w przedszkolu. Przy zakupie biletów wstępu irytuje nas różnica cen dla obcokrajowców i dla hindusów. Dla nas 750 INR a dla miejscowych 50 albo 100 INR. Hindusi i ich stosunek do pieniędzy i zaczyna się nam coraz wyraźniej klarować.  Po wejściu znajdujemy pierwsze oznaki spokoju od momentu wylądowania. Jest trochę zieleni, ładnie czysto i spokojnie mimo tłumu ludzi. Sama budowla Taj Mahalu robi niezłe wrażenie. Niecodzienny kształt, drobiazgowe zdobienia w białym marmurze i fantastyczna geometria nie pozwalają oderwać wzroku, są tym ciekawsze im bliżej podchodzimy. 

Cykając fotki sobie nawzajem co chwila podchodzą hindusi chcący zrobić sobie z nami zdjęcie. Gdy inni to widzą, zaczyna się robić kolejka, więc musimy wiać. Wszyscy są mili i grzeczni ale już wiem jak się czuje facet przebrany za misia polarnego na deptaku w Zakopanem, kolejna dziecinada w wykonaniu beżowych.
W środku budowla nie różni się niczym szczególnym oprócz grobowca umiejscowionego na samym środku. Na zewnątrz wygląda znacznie ciekawiej. Siedząc w cieniu i opierając się plecami o chłodne mury mauzoleum korzystam z zooma w swoim aparacie by uwiecznić kilka ciekawszych postaci. Mamy pierwszą okazję przyjrzeć się na spokojnie kolorytowi miejscowych, którzy do Taj Mahalu przychodzą odświętnie obrani.

Za chwilę wracamy do auta i szukamy Rajana na mega zatłoczonym rondzie. Jedziemy do Fortu a Agrze, ale widząc szaleństwo i tłum wyskakujemy tylko obejrzeć Fort z zewnątrz i wracamy do auta by wyruszyć do Jaipuru. Tłumy turystów robiący „złoty trójkąt” Delhi – Agra – Jaipur zepsuły lokalną ludność, która wyjątkowo namolnie wystawia ręce po kasę.
Relacje o Forcie w Agrze, które czytaliśmy wcześniej nie były jakieś szczególne a wiemy że fortów będzie wiele na naszej trasie.
Ostatnie widoki przy wyjeździe z Agry ujmują mnie wyjątkowo. Przypadkowemu objazdowi zawdzięczany te widoki. Przy nasypie kolejowym (a nasypy kolejowe chyba w każdym kraju kumulują wszelki syf, w Indiach to syf w zenicie) pasą się świnie na zwałach śmieci wsuwając plastikowe worki.

Droga do Jaipuru jest ok., jedziemy dość szybko a za oknem obserwujemy życie prowincji. Widoki są nieszczególne, przesuszone pola, nieliczne drzewa i trochę karłowatych krzewów, wygląda jak podupadła po-pegeerowska wieś we wrześniu  po przejściu upalnego lata.

Gdzieś na oddali widać pierwsze nie zalesione górki. Wjeżdżamy do Rajasthanu. To najczęściej odwiedzany stan w Indiach ale też jeden z uboższych i bijący rekordy w poziomie analfabetyzmu. To tutejszym maharadżom  kolonizatorzy brytyjscy dawali zarabiać niebotyczne kwoty na handlu w zamian za pomoc w utrzymaniu władzy kolonialnej i poddaństwa narodu. Tak kilkumilionowa Anglia zdobyła dziesięciokrotnie ludniejsze Indie. W tym kontekście polskie porażki wojenne i nieudane powstania wypadają nie najgorzej. Hindusi wyjątkowo łatwo dają sobie narobić na głowę. Brytole podobno chcieli kiedyś wywieźć Taj Mahal do Londynu tylko, że pomysłodawcy się zmarło gdy plany były już daleko posunięte. Jestem jednak pewien, że nawet gdyby to się stało, Hindusi nadal by ich uwielbiali, a w szczególności ich funty. 
Mijamy kolejne ciężarówki z kolorowymi napisami „Horn Please” jakby im brakowało ciągłego trąbienia jadące pod prąd po płatnej autostradzie krajowej.  Spod ich zderzaków wiszą pompony i mniej istotne jest, że całe pokryte są rdzą i mają ponad 30 lat.

Zatrzymaliśmy się w dość fajnej restauracji przy drodze z zielonym ogrodem i niedrogim jedzeniem. Ucinamy sobie z Rajanem pogawędkę o życiu. Siadłem z przodu, z aparatem i pstrykam zdjęcia popijając zimną pepsi. Rajan opowiada o swoich zarobkach kierowcy 4000 INR i o poprzednich wspaniałych turystach których woził. Ich wspaniałość polegała głownie na tym, że dali mu 6000 rupii napiwku na zakończenie podróży. No i jak tu nie kochać brytoli… najpierw łupią świat o potem ustawiają tak wysoko poprzeczkę. Oczywiście Rajan przygotowuje tym samym grunt pod swój kolejny napiwek. No cóż, jest specyficzny. Stara się jak może, opowiada  o czyhających niebezpieczeństwach i o swoich sposobach jak ich uniknąć, z nim każdy będzie bezpieczny. Pije wodę z butelki bez dotykania ustami żeby , w razie czego odwodniony turysta mógł zostać uratowany. Prawie się poczułem jak na zimowej wyprawie na Mt Everest albo na rajdzie Paryż – Dakar, szkoda tylko, że co krok sklepy przydrożne a co 2 km mijamy kolejną wioskę.
To jest strategia na zastraszenie. A opowiadanie o swoich zarobkach, dzieciach i wydatkach na szkołę – to z kolei sposób na litość. Trzeci dzień w Indiach nie pozostawia nam jednak żadnych złudzeń, że bez pieniędzy nikt by tu na nas nawet nie splunął na ulicy i każdy ciągnie w swoją stronę bez poczucia żenady.    

Słońce zachodzi, a wzdłuż drogi maszerują wysokie indyjskie wielbłądy. Po zmroku wjeżdżamy do Jaipuru. I gdy myślałem, że już złapałem z Rajanem normalny klimat ten zaczyna mi sprzedawać bajki o magicznych właściwościach kamieni szlachetnych, które najlepsze można kupić…. w Jaipurze, oczywiście. W mieście gdzie łatwiej znaleźć jubilera niż sklep z wodą. Daliśmy się zaciągnąć w Jaipurze tylko do jednego sklepu tego typu i potraktowaliśmy to jako napiwek dla naszego drivera, swoją drogą nasze pojęcia napiwku jako 10-20% tu nie funkcjonuje. Rajan spodziewa się drugiej wypłaty i z tego co mówi modli się do Boga o „dobrych” klientów. Mieszanie Boga z pieniędzmi jest tu chyba popularne tak samo jak wartościowanie ludzi po dochodach. Podziały kastowe, skrajne zróżnicowanie dochodów, wielkie bogactwo obok skrajnej nędzy nauczyły ich traktować bogatych jak Bogów a biednych jak robactwo.
Zaczynamy krążyć po okropnie zakorkowanych ulicach. Na wzgórzach wokół miasta widać potężne mury obronne, forty i rezydencje maharadżów. Tym razem szukamy hotelu Pearl Palace z przewodnika Lonely Planet. Rajan próbował coś kręcić ale po 20 minutach szukania dojechaliśmy gdzie trzeba. Hotel wyglądał okazale i nawet Rajan zwątpił, że ten hotel będzie tani. Ale był, z tym że mieli komplet. Zostaliśmy więc naprzeciwko w całkiem niezłym Hotelu Kalyan, bieżemy pokój na najwyższym piętrze z wyjściem wprost z tarasu na dachu. Warunki wreszcie wyglądają ok. Pokoik przyzwoity, łazienka z ciepłą wodą, widok na całe miasto i spokojna okolica. W Pearl Palace na dachu jest restauracja, która polecał portier i przewodnik LP. Nazywa się Peacock i aż wciąga swoim klimatem. Do restauracji trzeba dojść po stromych schodach przez oświetlony wieloma kolorami mega klimatyczny hotel. Na górze gra świetna muzyka, wystrój gustowny, czysto, świetna atmosfera i przede wszystkim wspaniałe jedzenie pod gołym nocnym niebem. Tu zaczynają się wakacje. Przychodzi mi do głowy teraz, że nie ma sensu testować nowych szlaków gdy ma się tylko 3 tygodnie. Tu w Peacock ceny są nawet niższe niż w tej spelunie w Agrze z poprzedniego wieczora, a warunki to niebo a ziemia. Tylko piwo jest tu drogie ale i tak niezwykle przyjemnie kończymy wieczór ucztą dla podniebienia z kuchni hinduskiej w najlepszym wydaniu.

—————————————————————————————————————–
  
Konkrety:
Wstęp do Taj Mahal – 750 INR (53 zł)
Paczka Marlboro Lights – 90 INR
Piwo Kingfisher 0,6 l w knajpie – 150 INR ( 12 zł)
Pepsi 0,5 l – 25 INR
Obiad z mięsem w Peacock Restaurant w Jaipurze – 150 – 200 INR
Obiad wegetariański w Peacock Restaurant w Jaipurze – 100-150 INR

Następny dzień >>

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.