Arusha by night

Tego wieczoru mieliśmy w planach wyjście na „Arusha by night” z Emanuelem i Ras-B. Z drugiej strony grupa z Safari też chciała się spotkać. Na kolacji w hotelu Sinka zaproponowałem całej grupie wspólne wyjście z naszymi tanzańskimi ziomalami. Gdy jednak pojawił się Ras B w wielkim berecie z rastamanskim szalem, witając się wolnościowymi hasłami rodem z piosenek Marleya to grupa stwierdziła „it’s gonna be too wild” i zostali. Mi i Markowi ten scenariusz pasował najbardziej i wyruszyliśmy w czwórkę na miasto „na lekko’ pozostawiając wszystkie sprzęty, aparaty i bagaże.
Ulica pustoszała, było już ciemno. Ras B opowiadał. Pokazał dom swojej matki, z którą nie miał już kontaktu. Wychował się w muzułmańskiej rodzinie, ojciec odszedł gdy on miał kilka lat i jako najstarszy syn musiał przejąć częściowo jego rolę pracując od młodych lat na lokalnym targowisku, które właśnie mijaliśmy po drodze. Gdy był starszy rzucił islam i opuścił dom by pracować jako tragarz w wyprawach na Kilimandżaro i Mount Meru. Z czasem doszedł do fachu przewodnika i tym się zajmował do tej pory. Miał autentyczną zdolność wprowadzania nas w tamtejsze realia. Spotkaliśmy po drodze jego siostrę. Zatrzymali się i rozmawiali. Wyglądali ciekawie: on rastafarianin ze wszystkimi przymiotami, ona skromna muzułmańska dziewczyna w tradycyjnej burce z zakrytymi włosami. W zewnętrznej formie i światopoglądowo dzieliła ich otchłań. Gdy rozmawiali i śmiali się, różnice zanikały.
Najpierw trafiliśmy do Rift Valley Logde, gdzie znów zasiedliśmy na kilka browców. Nastał totalny luz. Przychodzili co chwilę jacyś ludzie chcący coś powiedzieć; facet wyglądający jak Lenny Kravitz przedstawiający się jako szef okolicy, potem taksówkarz „wróżący” osobowość z kształtu głowy oraz kolejny rzekomy brat Ras Biego, którego spotkałem wcześniej pod hotelem myląc go z naszym kumplem. Ras B przyniósł mi obiecane płyty CD z muzyką. Atmosfera znów zrobiła się genialna jak tamtego wieczoru gdy wędrowaliśmy po okolicy. Rozmawialiśmy o Etiopii, którą postrzegali jako kolebkę kultury afrykańskiej z cesarzem Haile Sellasje jako symbolem i prorokiem ruchu rastafarian. Ten ruch, ten światopogląd jest dla nich wyzwoleniem od wszystkiego co narzucano Afryce od lat, najpierw arabskie i europejskie religie, potem kolonializm. Oni jedyni widzieli gdzie są. Nie mieli wpływu na takie losy historii ale mieli wpływ na własne przekonania. Tu pozostawiali sobie wiele wolności i szacunku dla pojedynczych ludzi skądkolwiek by nie byli.
Poszliśmy do innego lokalu z muzyką i tańcami. Wyglądał jak knajpy w Polsce we wczesnych latach 90-tych. Słabo wyposażony bar i tani wystrój. Jednak kierunek europejski widać wyraźnie. Muzyka była lokalną odmianą disco. Było dość tłocznie i sympatycznie, mimo że wszyscy się na nas gapili zagadywali i byli ogólnie w porządku. Lokal dzielił się na część barowo – dyskotekową oraz jadalną z balkonem gdzie było pusto. Tam spędziliśmy trochę czasu na dyskusjach o życiu z różnych perspektyw. Niezwykła sprawa. W końcu nadszedł nasz czas by pożegnać się. Wiedziałem, że oczekują od nas wsparcia, że dla nich to nie jest takie idealistyczne. My też nie byliśmy naiwni, przekonani natomiast o ile więcej udało nam się doświadczyć dzięki tej znajomości. To było „from the bottom of a heart”, naturalne i nie wymuszone jak nigdy.

Kończył się ostatni wieczór w Tanzanii. Około drugiej w nocy paliliśmy ostatniego papierosa na schodach hotelu Sinka przy pustej ulicy. Za rogiem znikał Ras-B mocno wstawiony, szedł kontynuować swoje, w wirze ludzi i wydarzeń nocnego życia Arushy. Emmanuel stał z nami jeszcze chwilę oparty o ogrodzenie, lekko wystraszony po kłótni z Ras Bim o rozdział napiwków. Zza idealnej chmury wydarzeń ostatnich dni zaczęła wyłaniać się prawdziwa afrykańska rzeczywistość, w której rzadziej zdarzają się happy end’y. Ale my nie szukaliśmy przecież scenariuszy idealnych przyjeżdżając do Afryki.
 

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.