Bombaj, Maharashtra

Dzień 11 – 02.11.2009

Poranek wdziera się przez okna autobusu. Niby już się cieszyliśmy z dotarcia na miejsce lecz podróż do Bombaju zdaje się nie mieć końca. Przedmieścia ciągną się kilometrami. Strudzeni drogą ludzie nie okazują żadnych emocji. Tylko trwanie, byle do celu. Zmuszam się do wyjęcia aparatu i zrobienia kilku fotek. Mimo monotonii drogi najprostsza czynność urasta do rozmiaru żmudnego procesu. Widoki są jak dla mnie niecodzienne, morze slumsów i bloki z kratami na oknach od parteru po dach. Co kawałek nowoczesny biurowiec i nieodzowna rzeka ludzi i pojazdów.

Hindusi zmienili nazwę miasta na Mumbaj kilka lat wcześniej jako symbol zerwania z kolonialną przeszłością. Ja jednak będę używał nazwy Bombaj bo lepiej mi brzmi.
Bombaj jest dla nas miastem tranzytowym w drodze na południe Indii. Nie mieliśmy szczególnej chęci pchać się w wielkie miasto w kraju gdzie małe miasto potrafi przytłoczyć (dosłownie!). Z Bombaju mamy lot do Madurai zatem szkoda nie skorzystać z okazji i nie poszwędać się po tej dość znanej matopolii. Zmierzamy w kierunku dzielnicy Colaba położonej na półwyspie na samym końcu miasta. Nasz autobus, który opuszczamy bez cienia sentymentu nie zamierza nas jednak dowieźć do celu. Wyrzuca nas 25 km od Colaby w jakieś odległej dzielnicy z której bliżej na lotnisko niż do centrum. Nie chcąc przedłużać fatalnego samopoczucia poprzez dalszy transport miejskimi środkami, bierzemy taxi, za 300 INR. Znów skazani na pastwę grupy zmówionych taksiarzy zdołaliśmy stargować jedynie 50 INR. Taksówki w Bombaju to czarno-zółte rozklekotane ambasadory, które podobnie jak stare garbusy na Kubie wyglądają jak jeżdżące rekwizyty muzealne.

 

Taksówkarz obkręca drucikiem skobel w klapie od bagażnika, gdzie schowane są nasze plecaki i ruszamy w drogę przez zakopcone i industrialne obrzeża miasta. Mijamy połacie slumsów i niewyobrażalnej biedy, na która każdy udający się do Indii musi się znieczulić. Domki z pordzewiałej blachy falistej i niebieskiego brezentu  ustawione są tak blisko ulicy, że zza szyby z łatwością można zajrzeć do czyjegoś domostwa.  Ubłocone dzieci biegają obok przejeżdżających wielkich ciężarówek. Ale maharashtra! – to powiedzenie na wszelki napotkany syf funkcjonuje już u nas od jakiegoś czasu.

Centrum Bombaju wygląda już całkiem odmiennie. To faktycznie miasto ogromnych kontrastów. Nasz upatrzony hotel Maria Lodge jest w remoncie i tym razem to nie jest ściema naganiacza tylko fakt. Oczywiście musimy się przekonać osobiście gdy na schodach spotykamy ekipę budowlaną niosącą worki z gruzem i płyty gipsowe. Montujemy się nieopodal w niejakim Delight Guest House za 600 INR. Jest to nasz najgorszy i najdroższy zarazem nocleg ja dotąd. Przypomina hotel kapsułowy, a pokoje przedzielone są ściankami z dykty w taki sposób że przy suficie jest tylko krata. Dlatego słychać dosłownie wszystko co dzieje się na piętrze wypełnionym kilkunastoma podobnymi boksami. Po korytarzach chodzą murzyni z Afryki a łazienka jest koedukacyjna i wspólna na korytarzu, więc służę eskortą gdy Sandra idzie pod prysznic. Klimat noclegowni dla nielegalnych emigrantów nakazuje lepiej trzymać się za portfel.

Mimo zmęczenia idziemy pochodzić po mieście. Powietrze jest tu wilgotne i upał dosłownie zwala z nóg. W tych warunkach pocę  się jak w kambodżańskiej dżungli. Zupełnie inaczej niż w suchym, prawie pustynnym Rajasthanie. Ludzie są tu jakby mniej przyjaźni, ale też mniej zaczepiają. Jakby bardziej zadufani w sobie i dumni. Ich angielski jest trudniejszy do zrozumienia. Tu w stanie Maharashtra ludzie posługują się językiem Marathi i innymi dialektami hindi. Jemy coś w mcdonaldsie bo nic innego w pobliżu nie znajdujemy a głód nie pozwala dalej szukać. Odwidzamy okoliczne Gate of India, Victoria Stadion i wielka półokrągłą zatokę z  widokiem na wieżowce dzielnicy biznesowej w oddali.

Centrum miasta wypełnione jest kolonialnymi budynkami budowanymi przez brytoli. Gdyby nie czarne twarze, upali chaos na drogach można by poczuć się jak w Europie. Po bajkowym Rajasthanie czujemy się trochę jak wyrwani ze snu. Jest surowo, normalnie, miejsko. Nie chcemy tym przesiąkać. Nie na tej trasie. Wracamy do hotelu by odpocząć, dokończyć zaległe notatki i przygotować się na nowe wrażenia południowych Indii, które czekają na nas nazajutrz.

————————————————————————————————–

Konkrety:
– Taksówka Bombaj 25 km do Colaby z przedmieść – 300 INR
– Nocleg w Delight Guesthouse na Colabie – 600 INR

Następny dzień >>

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.