Campeche


Nocleg w motelu Chocmoll w Santa Elena okazał sie bardziej hardcorowy niż przypuszczałem. Po zmroku okazało sie ze jestesmy w zupełnej głuszy niemal sami. Na recepcji siedziała tylko mała kobiecina i zero innych gości. Zaczęły nas kąsać komary, których nie było sposobu wytłuc w pokoju bo ich nie widzieliśmy. Na zewnątrz włączał sie alarm od samochodu co jakiś czas z niewiadomych przyczyn a na koniec w środku nocy zaczęło śmierdzieć z łazienki szambem. W dzień przyjazne miejsce, w nocy pokazało inną twarz. 

Do Campeche pojechaliśmy przez Hopelchen i juz po przekroczeniu granicy stanu dało sie zauważyć większy ład, zadbane duże rancza z murowanymi stodolami i nowoczesnym sprzętem rolniczym rodem z blokad polskich rolników. Później w Hopelchen w miasteczku zobaczyliśmy dziwnych ludzi w ogrodniczkach i kowbojskich kapeluszach. Wyglądali na białych Amerykanów a za każdym kowbojem ciągnęła sie kobieta żywcem wyjęta z filmu o doktor Quinn. Okazało się, że na tych terenach zamieszkuje liczna kolonia Mennonitow – ortodoksyjnych chrześcijan wyznających podobne zasady co Amisze. To prawdopodobnie dzięki nim tereny rolnicze stanu Campeche wyglądały o niebo lepiej niż w zapuszczonych wioskach stanu Jukatan i Quintana Roo. 

Do Campeche jechałem sceptycznie nastawiony po rozczarowaniu Meridą ( choć przyznaje ze moja ocena Meridy jest bardzo powierzchowna i dokonana tylko wizualnie zza szyby samochodu). Oczekiwałem kilku kolorowych domków w centrum i nic wiecej. Okazało się zupełnie co innego. To miasto jest hitem na mapie Jukatanu i koniecznie trzeba je zobaczyć. W obrębie murów starego kolonialnego miasta mieści sie tysiące zadbanych, odrestaurowanych kolorowych domków o spójnej architekturze. Niesamowity klimat. Wszystko jest tak zadbane ze zapomniałem ze jestem w Meksyku. Zero meneli, śmieci czy wałęsających sie psów. Faktycznie mogłaby to byc Hiszpania czy Portugalia. Do tego mnóstwo galerii, muzeów, wystaw sztuki na ulicach, kafejek i świetnych restauracji. Wzdłuż morza sięgnie się długa, piękna promenada gdzie o zachodzie słońca robi się tłoczno. Wieczorami na placu od strony morza trenują trębacze i bębniarze, mnóstwo ludzi biega i ćwiczy na świeżym powietrzu. Zewsząd dobiega muzyka i zapachy jedzenia. Wieczorem można chodzić po tym mieście bez końca. W 1999 roku miasto zostało wpisane na listę UNESCO i podobno w błyskawicznym tempie zostało odnowione. 




Campeche zaliczam niniejszym do wąskiego grona miast koncepcyjnych o wyjątkowej atmosferze i spójnej architekturze. Do tego grona należy m.in. marokański Fez i As Sawira, indyjski Jodphur, etiopski Harar czy Stone Town na Zanzibarze. 

W restauracji Marganzo na Calle 8 posmakowalismy wreszcie wyjątkowej lokalnej kuchni płacąc za obiady tyle samo co za ochłapy na plażach Jukatnu. Podobnie ma sie sprawa z hotelem. Za bardzo przyzwoity Hotel177 zapłaciliśmy 650 peso, czyli niewiele wiecej niż płaci sie za surowe noclegownie na Riwiera Maya. Nic tyko przyjeżdzać i korzystać. 
A jakby komuś zatęskniłoby się za starym klasycznym Meksykiem wystarczy wyjsć za mury starego miasta 🙂


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.