Gonder i droga do Debark

Dzień 3 – 13.10.2010
Rano bez śniadania uderzamy od razu rozejrzeć się po mieście. Trzeba przejść przez slumsy żeby dojść do głównej drogi. Jeszcze nie jesteśmy wprawieni i wydaje nam się, że to slumsy, a to po prostu normalka tutejsza. Brudnawe dzieci grają w piłkę a kobiety gotują na ogniskach przed domami. Domy są murowane, niektóre czarne od sadzy, inne jaskrawo niebieskie. Początkowy odruch mam taki, że nie bardzo chce mi się cykać zdjęcia kiedy taka bieda dookoła. Gdy jednak zapuszczę wzrok w boczne uliczki widzę, że tam jest jeszcze gorzej. Prawie wszystkie dzieci zaczepiają nas krótkim „hello, salam” po czym szybko przechodzą do sedna sprawy:„one birr”. Robimy rundkę wokół słynnego zamku Gonder i dochodzimy do centralnego placu miasta gdzie w rytm muzyki odbywa się zbiorowa lekcja sztuk walki, ciekawa scenka.
Szukamy nadal wejścia do zamku, który ma być otwarty od 8.30. Jesteśmy trochę wcześniej więc czekamy opędzając się od przewodników. Wstęp kosztuje 50 B i obejmuje jednocześnie wejście do łaźni Fasilidas Bath. Zamek w Gonder robi wrażenie ale w żaden sposób nie jest afrykański, wygląda jak typowy szkocki zamek. Cały kompleks zamkowy został zaprojektowany przez włoskiego architekta. Jest otoczony wysokim murem od miasta. Na terenie kompleksu wielu władców budowało swoje zamki od XVII do XVIII wieku. Wszystkie budowle są w tym samym stylu, czyli już wtedy posiadano tu wiedzę, której planiści polskich miast jeszcze nie opanowali.  Tylko palmy i blaszane wiaty postawione nieopodal przypominają, że to Afryka a nie Szkocja. Jest bardzo spokojnie i warto się tu pokrzątać bez pośpiechu.
Następnie udajemy się na piechotę do łaźni Fasilidasa, ale z naszego spaceru robi się poszukiwanie. Jest sobota, ale tu wszystko jest otwarte. Zachodzimy do Wester Union by zamienić dolary na birry.  Wcześniej czytaliśmy że tylko w tygodniu można wymienić walutę, okazuje się to nieprawdą. Sama akcja wymiany waluty jest bardzo interesująca dla miłośników procedur. Otóż wygląda to tak: Wypełniamy kwitek w 3 kopiach, po czym wędruje on między czterema biurkami by w końcu wrócić do mnie i skierować do osobnego okienka kasowego gdzie zamiast kolejki jest kłębowisko wpychających się ludzi.
Idziemy dalej, mijamy rikszarzy i taksówkarzy odmawiając podwiezienia, upał zaczyna doskwierać. Szybko gubimy drogę, ale pytamy się co niektórych lepiej ubranych ( wszyscy inni wołają kasę nawet za wskazanie drogi). Przypadkowo natrafiamy na faceta, który ofertuje nam trekking w górach Simien za 13000 B ( ok. 800 $). Początkowo dopytujemy z zaciekawieniem o szczegóły ale tylko do czasu gdy orientujemy się, że nam się zera pomyliły, gdyż planujemy to samo za dziesięciokrotnie niższa sumę. Ruszamy dalej, każdy kolejny człowiek pokazuje nam inna drogę. Irytacja rośnie razem z upałem i w końcu odpuszczamy sobie wracając tuk tukiem do hotelu. Chcemy jeszcze dziś zebrać się do Debrak więc przyspieszamy. W hotelu szybki posiłek i w drogę. Do dworca jest kilkaset metrów więc dochodzimy tam na piechotę. Szybko odnajdujemy autobus, który oczywiście jest pełny ale za chwilę znajdują się dwa wolne miejsca po 50 B od głowy. Kierowcy bardziej opłaca się wziąć 2 białasów i skasować nas więcej, dziwi jedynie to, że nikt się nie buntuje z takiego obrotu sprawy. Być może trzymają rezerwowe miejsca na takie sytuacje, żeby dorobić. W autobusie poznajemy 2 Węgrów: Ors i Csaba, siedzą obok nas, również wybierają się na trekking w Simien więc szybko łapiemy kontakt. Droga do Debrak znacznie różni się od poprzednich, w Gonder skończył się asfalt i nie prędko go znów zobaczymy. Zaczyna się coś co odróżnia podróżowanie po Afryce od przejazdów po Azji południowo – wschodniej lub Indiach. Jedziemy po kamieniach, dlatego odległość 200 km pokonujemy w 5 h z licznymi przerwami na naprawianie kół.
Po drodze mijamy to o czym na razie tylko słyszeliśmy. W Etiopii Chińczycy budują drogi. Widzimy pełne ekipy skośnookich inżynierów i powiewające czerwone flagi. To tu przeniosą swoje fabryki już za kilka lat gdy siła robocza w Chinach już nie będzie tak tania.  Rząd Etiopii odda dług za drogi w wieloletnich zwolnieniach podatkowych. Czy można lepiej zagospodarować nadwyżki kapitału? Chiny wracają na wielka drogę, z której zboczyli kilkaset lat wcześniej. Wracają szybciej niż nam się wydaje. Oprócz Chińczyków mijamy oczywiście setki „stójów” na każdym przystanku.
Do Debrak przyjeżdżamy po zmroku.  Po 5 godzinach w wysiadamy w wiosce w górach, plecak ktoś zrzucił z dachu na zakurzona drogę, jest kompletnie ciemno, ale wiem ze wokół  setki ludzi. Godzina około 20 wszyscy wyszli z domów, życie wioski pulsuje, idziemy w górę drogi i tylko światła odjeżdżającego autobusu, małe płomienie ognia z chat i gwiazdy na niebie mówią dokąd iść. Ciężko się oddycha bo to 3500 m nad poziomem morza i brakuje już tlenu. Widzę tylko cienie, czarne poruszające się kontury kolejnych mijanych osób, jak w tunelu dusz, przedzieramy się przez czerń w kierunku światła.

Nocleg znajdujemy w hotelu Gabela za 150 B/os. Nie jest źle, ale znów mamy przeboje z brakiem wody. Dziewczyna z recepcji przynosi bukłak wody i jakoś dajemy radę.
Ten pierwszy wieczór w Debrak był inny. Może z powodu mniejszej ilości tlenu, może odległości, a może z utopienia w ciemnościach. Mam problem do teraz z określeniem tego miejsca, było miksem pierwotnej wioski plemiennej z upadłą polską wsią. Ale jednocześnie nieziemskim miejscem. U nas są miasta, wsie i przestrzeń. Tam jest tylko przestrzeń nieokreślona. Tam czułem się najdalej od domu.
Konkrety:
Przelicznik waluty: 1 USD = 16 B ( birr) , 100 B = 18 zł  ( listopad 2010)
banany – 5B
– wstęp do zamku w Gonder 50 B
– tuk tuk po mieście w Gonder 20 B
– lunch – 30 B
– dojazd do Debrak autobusem – 50B, 5 godzin
– hotel Gabela w Debrak – 150 B
– kolacja – 35 B

– woda 2l – 13 B

Koszt dnia = 353 B

To be continued…..soon 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.