Jaipur, droga do Jodphuru

Dzień 5 – 27.10.2009


Niby piąty dzień ale poczucie jakby minął miesiąc. Intensywność wrażeń przygniata. Zapachy, kolory, kontrasty powodują, że czas płynie wolniej. Jedziemy z samego rana do świątyni Shwetamber Jain Temple. Po drodze możemy rzucić okiem na ulice, na których mieszkają całe rodziny bezdomnych, gotują, jedzą, myją się, śpią. Na skrzyżowaniach dobiegają do okien samochodu żebrzące dzieci. Wyglądają identycznie jak z filmu Slumdog Millionere wykonując gest głodnego ze łzami w oczach stoją za szybą z nadzieją do ostatniej chwili aż pojawi się zielone światło i samochód ruszy. Nasze białe twarze działają na nich jak magnez. Wiemy natomiast, że większość dzieci jest na usługach mafii i oddają im całe pieniądze, sami zaś „pracują” za miskę ryżu dziennie. Dlatego dzieciom najlepiej dawać słodycze a nie pieniądze.

Świątynia Shwetamber Jain Temple jest dziś czynna od 15, idziemy więc do innej obok gdzie obiektem kultu jest jaskrawo pomarańczowy słoń. Wygląda to dość komicznie bo podobne słonie można zobaczyć na wystawach sklepów z zabawkami.

Tam jednak nic więcej nie ma, więc by nie czekać pod bramą Rajan wiezie nas do położonego nieopodal Albert Hall – budynku o bardzo ciekawej architekturze, w otoczeniu którego miło spędzamy czas, spacerując, kontemplując i obserwując otoczenie.

Po 15 idziemy w końcu świątyni Shwetamber Jain. Jest naprawdę warta zobaczenia. Położona w bardzo ciekawym miejscu, górują nad nią wzgórza z fortyfikacjami, wykonana w całości z białego marmuru z licznymi zdobieniami. W odróżnieniu od Taj Mahalu tu wszystko jest białe i wyrzeźbione bez wstawek z kamieni szlachetnych. Wstęp jest darmowy i nie ma tłumów. Można w spokoju odpocząć na chłodnej posadzce świątyni od upałów dnia.

Po powrocie do hotelu czas pożegnać się z Rajanem. Chłopina strasznie poczciwy tylko zepsuty przez kumpli kierowców- cwaniaków wyłudzających napiwki. Pamiątkowa fotka i good luck.

Luz wkrada się jeszcze bardziej i zaczyna być coraz fajniej. Popołudnie mamy całe wolne i na pustym tarasie hotelowym, na huśtawce, snujemy opowieści, popijając zimne Kingfishery. Niebo jest wspaniałe gdy słońce zachodzi. Kolory od wrzosu do pomarańczy, dzikie odgłosy miasta, ogarniający orient, suchy pustynny wiatr, a przede wszystkim świadomość niesie na wyżyny poczucia wolności. Chwile, dla których porzuca się wszystko i jedzie przed siebie trudno wychwycić gdy trwają. Ale jak się wychwyci to energia rozpiera i nie bardzo wiadomo co z tym zrobić. Oddycham pełna piersią i chłonę. Wciągam do płuc całą łunę z nieba na Jaipurem i jest zajebiście.

Wieczorem szykujemy się do drogi. Ostatnią kolacja w Peacock kończy się sielanka, za chwilę zacznie się hardcore. Czas zapoznać się bliżej z indyjską koleją – największym pracodawcą świata.
O 22 lądujemy na dworcu. Musimy potwierdzić miejsca w pociągu ponieważ na biletach mamy RAC – Reservation after cancellation, czyli jak ktoś zwróci bilet to my mamy miejsce. Fajnie. W ostatniej chwili łapiemy gościa z informacji, który właśnie zamykał swoja budkę. Potwierdza nam miejsca i podaje numery siedzeń… w różnych wagonach. Poleca byśmy pogadali z ludźmi w wagonie i na pewno ktoś się przesiądzie, ewentualnie można za 50 INR poprosić konduktora o pomoc.

Usiedliśmy na podłodze peronu. Było mnóstwo ludzi, sporo też białych, którzy z lekko przerażonym wzrokiem rozglądali się, kurczowo trzymając własne bagaże.

Wjazd pociągu na dworzec to prawdziwe przedstawienie. Pociąg jest średnio 3 razy dłuższy niż przeciętny polski skład PKP. Na początku są wagony wyższych klas i wszystko wygląda prawie jak w naszych Inter City, następnie zaczynają się klasy Sleeper z kratami w oknach, potem Second Class, gdzie już jest czarno od ludzi. Na końcu wjeżdżają wagonu klasy general, czyli bez miejscówek – tu ludzie wylewają się z otwartych drzwi i widać, że stanie 2 stopami na podłodze można w tej klasie uznać za sukces.
Na peronowych tablicach diodowych przesuwały się po hindusku i angielsku nazwy pociągów, które w najbliższym czasie przyjadą wraz z godzinami odjazdów i numerem peronu. Nie mieliśmy żadnych problemów aby się  w tym połapać. Tyle, że trzeba było się bezustannie  patrzeć na wyświetlacz by nie przeoczyć informacji o swoim pociągu. Na peronie wisiały też wydruki z nazwiskami pasażerów waiting listy i numerami ich miejsc. Na szczęście dopytaliśmy się na informacji wcześniej bo karta z naszymi nazwiskami została zerwana. Nasz pociąg miał opóźnienie ok. 1 h które rosło co chwilę, skończyło się na 1,5 h. W pewnym momencie na peronie opustoszało, kręciło się kilku typków, którzy bardzo szybko się nami zainteresowali. To już nie ci sami uśmiechnięci i pomocni hindusi. Z gęby czysta recydywa. Zdawkowa wymiana zdań i niezbyt miłe spojrzenia trwały na szczęście krótko. Pociąg podjechał i drzwi wagonu sleeper otworzyły się mi przed nosem. Na jednym z naszych miejsc spał człowiek, ale szybko się przeniósł zobaczył nas z tobołami.
Usłyszałem od młodego hindusa „How are you?”,  “I’m fine” odparłem, na co on „I’m sure you are not fine now”…rzeczywiście, bywało lepiej….

O proszenie kogokolwiek o przesiadkę na miejsce w innym wagonie nie było mowy. Wszyscy spali tu na kupie, ktoś na podłodze, jakaś starsza kobieta z bandażami na piersiach pod nami.  Zwinęliśmy się we dwoje wraz z plecakami na jednej kuszetce i w plątaninie nóg, w ciemności czekaliśmy co się będzie działo. Pociąg stał na peronie ponad godzinę i nie chciał opuścić Jaipuru, tymczasem nas dopadła głupawka i nie mogliśmy się opanować od śmiechu. W końcu ruszyliśmy, kobieta nade mną kaszlała jak gruźlik, obok jakieś niemowlę płakało ponad godzinę.  Na niewygody byliśmy nastawieni i nawet jeśli z 6 godzin drogi zrobiło się 9, to najgorszy był nieustanny koncert kaszlu i chrząkania naszych bezpośrednich sąsiadów. Zachorowanie na trasie potrafi całkiem pokrzyżować plany i tego obawialiśmy się najbardziej. Indyjski pociąg jest jeżdżącym kawałkiem indyjskiej ulicy. Tu wszechwładny konduktor pogania ludzi jak bydło chodząc po pociągu wraz z uzbrojonym w karabin policjantem.
Podróżowanie w klasie sleeper było dyskutowane na wielu forach podróżniczych i opinii było mnóstwo. Moim zdaniem nie byłoby najgorzej gdybyśmy mieli normalnie 2 miejsca obok siebie i brak sąsiadów stale emitujących Bóg-wie- jakie bakterie czy wirusy. Te fakty zdeterminowały moje spojrzenie i następnym razem jeśli bilety nie będą miały potwierdzonych miejsc to dopłacę do klasy 3AC. Ranek przyszedł niespodziewanie szybko. Wysiedliśmy z pociągu z wrażeniem oblepienia przez cały brud subkontynentu.
W Jodphurze było  już jasno, ludzie szczelinie wyścielali swoimi ciałami całą posadzkę holu dworca. Próbowaliśmy jeszcze coś dowiedzieć się na informacji bo bilety na kolejny etap podróży nie miały z kolei potwierdzonych godzin odjazdu, ze względu na zmianę rozkładu od 1 listopada. Jednak nowego rozkładu jeszcze nie znano. Zapakowaliśmy się do pierwszej lepszej rikszy i wąskimi uliczkami pojechaliśmy prosto do Shivam Paying Guesthouse wybranym wcześniej w przewodniku LP.
Geusthouse miał niesamowicie strome i wysokie schody a recepcję na dachu. Super klimatyczne pokoje w różnych kolorach i świetny widok z dachu. Sympatyczny właściciel przy kwaterowaniu opowiadał dużo, m.in. dlaczego w Indiach tyle jest formalności w hotelach, o skorumpowanej policji czekającej tylko na błąd w papierkach by wyłudzać łapówki od hotelarzy oraz o agentach wywiadu, którzy w tych rejonach są wyjątkowo aktywni ze względu na bliskość granicy z Pakistanem (200 km) .
Poranne słońce coraz bardziej raziło w oczy a banana pancake na śniadanie nie wchodził po nie przespanej nocy. Chwilę potem najbardziej wyczekiwany prysznic i sen któremu nie przeszkadzało nawet otwarte na ulice okno zakończyły długi etap drogi przez środek Rajasthanu.

———————————————————————————————————-

Konkrety:

Riksza z hotelu Kalyam na dworzec w Jaipurze ( 20 minut) – 50 INR
Cena biletu kolejowego w klasie Sleeper Jaipur – Jodphur – 168 INR/os      
Pokój 2 osobowy Shivam Paying Guesthouse  – 400 INR

Następny dzień >>

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.