Jaipur, Rajasthan

Dzień 4 – 26.10.2009

Gdy kładłem się spać dzień wcześniej w głowie miałem błogość i spokój jakiego nie doświadczyłem jeszcze  do tej pory w Indiach. Rzeczy mają się coraz lepiej i każdy dzień jest ciekawszy. Indie jednak nie pozwalają zapomnieć o sobie. Gdy tylko zapomnisz, szybko przypominają ci w tej czy innej formie gdzie się znajdujesz.
I tak właśnie mój błogi sen tej nocy został przerwany przez walenie młotów pneumatycznych tuż za naszym oknem. Praca na budowie rozpoczęła się około 2 w nocy. Mimo spokojnej okolicy, hotel był położony na niewielkim wzniesieniu, więc dźwięki miasta, głównie klaksony- słoniki, docierały skutecznie. Nie mogłem się ostatnio wyspać ale gdy już spałem sny były nadzwyczaj realistyczne i mocno pokręcone – to dość przyjemny efekt uboczny przeciwmalarycznego Lariamu, który bierzemy.
Przebudzenie w środku nocy z  „lariamowego snu” przy dziwacznych dźwiękach pulsującego orientalnego miasta mocno pozostaje w pamięci, buduje obrazy i odczucia rzutujące na cały klimat miejsca. Nad ranem do orkiestry dźwięków dołączył muezin wprost z trzeszczących głośników z apokaliptycznie brzmiącymi modłami. W głowie miałem masalę doznań. Z jednej strony irytację kolejną nieprzespaną nocą, z drugiej jednak bogactwo dźwięków i obrazów poniosło mnie w najodleglejsze zakątki wyobraźni gdzie na co dzień nie sposób się dostać. 

Wstajemy rano i schodzimy do auta. Rajan nocuje w suterenach, gdzie każdy z hoteli w którym śpimy ma przygotowane prowizoryczne miejsca noclegowe dla szoferów. To tez tłumaczy dlaczego zawsze to on chce nam wybierać hotel. Oprócz prowizji za przywożenie klientów, Rajan ma też swoje znane miejsca ze swoimi znajomymi gdzie spędza wieczory. Lektura „Białego Tygrysa” Arvinda Adigi przed wyjazdem wyjaśniła mi dokładnie o co w tym chodzi. Wiemy też, że szofer jest na każde nasze zawołanie. Korzystamy z tego jednak tylko raz jadąc do sklepu z alkoholem, które w Indiach nie są łatwe do znalezienia.

Przez chaotyczne ulice tzw. różowego miasta, które tak naprawdę jest w kolorze ceglastym do Fortu Amber położonego parę kilometrów za miastem. Jest 9 rano,  dziś w planach sporo miejsc do obejrzenia. Na ulicach oprócz pojazdów mijamy krowy, kozy, wielbłądy i kolorowo pomalowane słonie.

Obok Rajana w naszym białym Tata Indigo siedzi kolejny uśmiechnięty przewodnik – uzurpator za 150 INR na dzień. Zapytaliśmy tylko gdzie wygodnie będzie mu wysiąść, żeby nie musiał wracać rikszą. Teraz jest już krótka piłka i zero obwijania w bawełnę, że nie potrzebujemy i nie zamawialiśmy przewodnika.

Dojeżdżając do Fortu Amber już z daleka widać jego ogrom i otaczające mury o łącznej długości 16 km ciągnące się po szczytach okolicznych gór, które do złudzenia przypominają Wielki Chiński Mur.

Po wejściu do środka nie bardzo orientujemy się o co chodzi w tym Forcie. To nie jest jedna budowla tylko wielki teren złożony z kilku fortyfikacji, połączony wspomnianymi murami obronnymi po szczycie, po których można się przemieszczać od jednej warowni do kolejnej. Oddalając się od tłumów wycieczek idziemy pod górę w ogromnym upale, bez cienia. W pewnym momencie nie ma prawie nikogo dookoła tylko kręci się kilku miejscowych typków ale jest ok. Powietrza jest suche i upalne,  wody mamy mało i każdy kilogram waży więcej z każdym krokiem. Tutejsze słońce o dziwo nie opala prawie wcale.

Docieramy do fortu na samym szczycie gdzie okazuje się, że trzeba kupić bilety wstępu za 50 INR i  za robienie zdjęć kolejne 50 INR. Drugiej opcji jednak nigdy nie wykupujemy a zdjęcia robimy i tak. Denerwujące jest dodatkowe płacenie za tak oczywiste sprawy jak robienie zdjęć. Z przyjemnością zapłaciłbym do razu 100 INR w pełnym pakiecie.
Dziwi nas jedynie, że na dole przy wejściu do kompleksu nie płaciliśmy za wstęp. Może nie zauważyliśmy i jakoś przemknęliśmy bokiem. Widok z góry jest imponujący, choć samego Jaipuru stąd nie widać.

Okazuje się też, że od drugiej strony jest wjazd i wszystkie niemieckie wycieczki bez kropli na czole docierają tu autobusem. Fort jest ciekawy ale widoki dookoła robią większe wrażenie. Większość stanowią surowe  mury i momentami przypominają nam fort w Srebrnej Górze, który odwiedziliśmy kilka miesięcy wcześniej.

W niektórych pomieszczeniach fortu ustawiono kukły prezentujące czynności  jakie wykonywano w danych miejscach, gdy fort zamieszkiwała rodzina maharadży. Lekko badziewnie to wygląda ale za to daje lepszy pogląd na sprawy. Mimo to nie brakuje tu osób chcących dorobić. Tym razem chwila nieuwagi wystarczyła by umundurowany strażnik zaczął nas oprowadzać jak przewodnik. Im dłużej pozwala mu się na gadanie tym trudniej się później wyplątać. Wąsaty pan strażnik- przewodnik ładnie się uśmiecha cały czas, jego mina jednak zmienia się gdy zamiast spodziewanych 20 euro do ręki trafia mu 20 mocno sfatygowanych rupii czyli 1,4 zł. Całodzienny przewodnik kosztował 150 INR, ile więc można płacić za 15 minut gadania?

Po forcie amber jedziemy z powrotem do Jaipuru do zabytkowi obserwatorium astronomicznego Jantar Mantar, gdzie ktokolwiek nie będący astronomem nie ma nic do roboty oprócz obejrzenia kilku ciekawie wyglądających przyrządów. Astronomia po angielsku to nie jest moja mocna strona, dlatego nawet branie przewodnika niewiele by pomogło.

Obok stoi hit Jaipuru – City Palace, który omijamy widząc kolejna dyskryminująca tabliczkę z cenami – locals 25 INR, foreigners – 300 INR. Tak naprawdę nie mamy ochoty na zwiedzanie pałacu nawet jeśli stanowi główną atrakcję miasta. Po powrocie do hotelu i chwili odpoczynku wyruszamy na czterokilometrowy Walking Tour po starym mieście. Trasa wprost z przewodnika LP rozpoczyna się i kończy przy Ajmer Gate i jest na prawdę godna polecenia. Tak skondensowanego i zatłoczonego kawałka świata jeszcze nie widzieliśmy. W tym miejscu najintensywniej można doświadczyć wszystkich kolorów i zapachów Indii o których wszyscy się rozpisują.

4 km sklepów po obu stronach ulic w budynkach o jednokolorowej barwie terakoty i tej samej architekturze. Walczymy ze sklepikarzami innymi przechodniami o każdy cm przestrzeni. Gdy robi się ciemno ruch się zagęstrza jeszcze bardziej, to najbardziej ruchliwe godziny handlowe.  Przejście przez ulicę jest prawie niemożliwe; potok ludzi, riksz, motorów i aut nie ma końca.

Rzeka ludzi płynie z każdej strony w każdym kierunku. Firmy indyjskie walczą o wyprodukowanie jak najtańszego auta, ale to spowoduje, że kraj stanie w miejscu. Zatrzyma się w jednym gigantycznym korku w dniu, w którym każdy hindus będzie mógł kupić sobie własne auto.

Spacer był super, ale zmęczył jak wyprawa po górskich szczytach. Kolacją w Peacock Restaurant regenerujemy siły. Tym razem nie było tak łatwo o wolny stolik ale wieczór i tak jest super. A w nocy tym razem zupełnie cicho, a może tylko skumulowane zmęczenie ułatwia zasypianie. 

—————————————————————————————————————–
  
Konkrety:
Wstęp do Fortu Amber – 50 INR bez aparatu
Przewodnik po Jaipurze na cały dzień – 150 INR
Wstęp do Jantar Mantar  – 100 INR
Butelka lokalnej Whiskey 0,375 l – 160 INR

Następny dzień >>

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.