Jodphur, droga do Udaipuru

Dzień 7 – 29.10.2009

Z samego rana jedziemy zwiedzać fort Meherangarh. Naprawdę robi wrażenie. Na wejściu dostajemy tzw. audioguide więc dodatkowo wpada trochę informacji, która w sumie bez znajomości historii miejscowych maharadżów na niewiele się zdaje. Jednak zawsze coś więcej można posłuchać i nie trzeba się odganiać od miejscowych przewodników. Fort jest umiejscowiony na szczycie góry i widok na niebieskie miasto jest stąd nadzwyczaj okazały.

Zwiedzając fort, co kilka kroków napotykamy znaki z kolejnymi numerkami, pomagającymi w rozeznaniu się z zestawem audioguide i odsłuchaniem odpowiedniej historii.

Na wejściu zostawiliśmy paszporty jako zastaw za elektroniczne przewodniki, bileciarz oddając paszport wypytuje jak dajemy radę w tych temperaturach. Znów padamy ofiara nazwy Poland kojarzącej się hindusom z białymi niedźwiedziami. Z fortu idziemy na piechotę do miejsca będącego rodzinnym krematorium maharadży. Dziwne to miejsce, słyszałem zwykle o rodzinnych ogrodach, rezydencjach, pałacach względnie grobowcach ale nigdy o rodzinnych krematoriach. Jako że żar się z nieba leje i fort nas trochę zmęczył odpuszczamy sobie to miejsce. Oglądamy tylko budynek z oddali przy ciekawym punkcie widokowym. Znów wdziera się luz i super humor, pusta droga, upał, fajne widoki przypominające marokańskie.

Wracamy do hotelu. Szczęśliwie przeziębienie z poprzedniego dnia ustąpiło na dobre i czujemy się super. Wieczorem idziemy do kafejki internetowej. Tu dopiero drukuję nasze ubezpieczenie podróżne kupione w ostatniej chwili przed wyjazdem. Dowiadujemy się też, że w Kerali – gdzie zmierzamy- pogoda nie jest najlepsza i zapowiadany jest deszcz i burze. Będzie jak będzie, na ważne jednak że temperatura w okolicach 30 C się trzyma.

Krętymi uliczkami wieczorem wracamy po raz ostatni do hotelu by szykować się do drogi do Udaipuru. Po kolacji znów ucinamy sobię  pogawędkę z właścicielem po czym opuszczamy to symaptyczne miejsce.

 

Autobus do Udaipuru ma odjeżdżać spod agencji Jain Travel. Mamy nadzieję, że będzie to przyjemniejsza podróż niż pociągiem. Poczekalnia jest tak jakby na dworze. Co chwile podjeżdżają autobusy ale żaden nie jest nasz. Robi się nerwowo bo godzina odjazdu już minęła i mało kto mówi tu po angielsku. Tradycyjnie spóźnienie ok. 1 h. Miejsca w autobusie są ok., jest szeroko i dość wygodnie. Jednak zawsze jest jakieś ale i tym razem są to otwarte okna u innych ludzi. W nocy bywa tu chłodno a hindusi uwielbiają się wychłodzić, podobnie zresztą jak wszyscy mieszkańcy ciepłych krajów. Zaczyna się przepychanka z babką siedzącą za nami, która ciągle otwiera okno a my je zamykamy i tak co chwilę. W końcu blokuje je zgniecioną nakrętką od sprayu przeciw komarom i jest spokój. Hindusi  zdają się nie dostrzegać zależności między przeziębieniem a wystawianiem się na ciągły przeciąg. Wszyscy charczą i smarkają delektując się zimnym powiewem zza okna. Droga do Udaipuru jest fatalna, wąska i dziurawa. Nie widzimy tego, gdyż jest ciemno ale czujemy na sobie bo trzęsie i rzuca niemiłosiernie.

W środku nocy budzimy się na postoju. Sceny w trakcie nocnych postojów autobusowych w Indiach są niezapomniane, wręcz Oskarowe. O jeden krok na zewnątrz od schodów  autobusu ustawił się wianuszek lejących facetów i leją w ciszy. Słychać tylko cykady, nocne świerszcze i dźwięk ubitej ziemi nie pierwszy raz przyjmującej strumienie moczu. Noc jest czarna i głęboka, niebo intensywnie gwieździste. Zapach jak w stajni, bo dodatkowo obok siedzą sobie spokojnie 4 białe krowy i z wyluzowanymi minami przeżuwają w akompaniamencie wyżej opisanego dźwięku. Stanęliśmy sobie obok i palimy patrząc w ciemność przed siebie. Nagle z czeluści wyłania się dzika świnia i idzie wprost na nas, zatrzymuje się 2 m od moich nóg, chwyta pyskiem pustą paczkę po fajkach, zjada ją w całości, po czym odwraca się i znika w ciemnościach. Absurdalność tej sceny rozbawia nas do łez.

Po 6 h dojeżdżamy na miejsce, wytrząśnięci i niewyspani. Jest 5 rano, łapiemy pierwszą lepszą rikszę. Kierowca okazuje się posłańcem szatana. Ma małą wysuszoną główkę, wzrok mętny, opętany i pędzi jak szaleniec.  Chcemy do Lal Geuesthouse ale oczywiście po drodze zatrzymujemy się pod „my friends guesthouse – very good”. Zlewamy gościa w nadziei, że nie wyjmie zaraz siekiery spod pazuchy. Daje za wygrana i wiezie nas gdzie trzeba. Tam z kolei na schodach stoi gość, który mówi „it’s full” . Oczywiście full wcale nie jest , hotel jest w połowie pusty. Ale nie bardzo nam się podobają spartańskie warunki mimo ze 300 INR z widokiem na jezioro przez kraty korci. Wychodzimy. Szatan stoi i męczy dalej swoje. O takiej godzinie  nie zazna uprzejmości z mojej strony. Zaraz kolejny riksiarz dokonuje przechwycenia. Wali w drzwi hotelu Krishna Niwas, portier wstaje i oprowadza nas po pokojach za 1300 INR, ciśnienie zaczyna mi rosnąć, że łazimy nie swoimi ścieżkami ale szybko opada gdy facet godzi się na nasza cenę – 500 INR. Rzeczywiście, ten hotel przewyższa klasą wszystkie do tej pory odwiedzone; wystrój, wyposażenie, klima, TV i ciepła woda z normalnym ciśnieniem to rzadkość w tej cenie. Bladym świtem wybieram się jeszcze obczaić widok z dachu i znów miłe zaskoczenie. Już czuje, że dotarliśmy do kolejnego wyjątkowego miejsca. Każde kolejne miasto jest ciekawsze. Oby tak dalej!

Następny dzień >>
————————————————————————————————————-

Konkrety:

– Wstęp do fortu Meherangarh – 200 INR
– Riksza spod wieży zegarowej na dworzec autobusowy Jain Ravel – 60 INR.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.