Jodphur, Rajasthan

Dzień 6 – 28.10.2009

Zaczyna się lepsza część Rajasthanu położona poza turystycznym „złotym trójkątem” Delhi – Agra- Jaipur. Jodphur zwany jest niebieskim miastem i tu kolor się zgadza ( w odróżnieniu od „różowego”Jaipuru). Widok na miasto z dachu hotelu mamy doskonały. Połowa domów posiada niebieskie elementy przez co przypomina nam marokańską As – Sawirę.

Hotel Shivam Paying Guesthouse coraz bardziej nam się podoba. Okno nie ma krat, w kranie jest ciepła woda, cichy wiatrak przy suficie i pierwsza działająca spłuczka od wc. Po odespaniu ruszamy na miasto. Przez wąskie niebieskie uliczki przeciskają się autoriksze , krowy i ludzie. Zapachy krowiego łajna i rynsztoków po obu stronach uliczek mieszają się z aromatem przypraw i kadzideł. Wokół mnóstwo guesthouse’ów z nieodłączną działającą jak magnez na turystów „Top Roof Restaurant”.

Mając na uwadze rynsztoki i zapachu z nich bijące nic dziwnego, że restauracje położone są jak najdalej od tego syfu- czyli na dachu. Błądzimy wśród ciasnych uliczek godzinami i nie jest nam źle z tego powodu. Stare miasto leży u stop monumentalnego fortu Meherangarh położonego na wzgórzu, jest to doskonały punkt odniesienia podczas wędrówki po mieście ponieważ widać go zewsząd.
Jodphur jest dużo spokojniejszy niż Jaipur. Delektujemy się faktem swobodnego spaceru po starym mieście. Nie jest to bynajmniej żaden deptak i co chwila coś jedzie ale w porównaniu z poprzednimi miastami tu jest jak na wiosce. Leniwie mija słoneczne popołudnie, a zacienione zakamarki pozwalają nie zmęczyć się słońcem. Obskoczyły nas dzieciaki i chciały by im robić zdjęcia, sesji nie było końca, one to uwielbiały.

Powoli wchodzi zupełny chill out, który jeszcze niedawno wydawał się niespotykany w Indiach. W środku miasta jest coś w rodzaju zbiornika z wodą, o jej czystości chyba nie trzeba wspominać. Odwiedzamy restaurację Indique rekomendowaną przez Lonely Planet, która wcale nas nie zachwyca. Widać, że jest to miejsce do którego podjeżdżają białe samochodziki z napisami Tourist Permit dostarczając surowiec białego mięsiwa prosto z New Delhi. Jest tu kilka takich hoteli gdzie siwiejące głowy popijają nieprzyzwoicie drogie browary. Wypatrujemy wieży zegarowej  – budowli stojącej w centrum dzięki której odnajdujemy się na mapie i drogę do hotelu. Wokół wieży zegarowej jest miejscowe targowisko gdzie oprócz skapciałych warzyw i owoców dominuje plastik, tandeta, chińszczyzna i indińszczyzna, sterty gratów jak z ruskiego bazaru, kolorowe szmaty, dym, syf, smród, śmieci no i oczywiście krowy.  Kończą mi się czyste t-shirty i chciałbym coś kupić ale nie ma niczego co nie miało by sobie jakiś tandetnych wzorków lub podrabianych logotypów znanych marek.

Od pewnego momentu zaczyna mnie łapać jakaś choroba bo czuje się dziwnie. Oprócz kataru, mam dziwne zawroty głowy. Miejscowe lekarstwa polecone przez ulicznego aptekarza dają radę bo na następny dzień nie będzie już śladu po chorobie. Wieczorny posiłek z widokiem na miasto i fort z dachu hotelu przywraca siły po całym dniu łażenia. Załatwiamy jeszcze tego samego dnia bilety na autobus do Udaipuru wymieniając voucher, który dostaliśmy w Delhi.
Wieczory w miejscach tłocznych i targowych mają niesamowity klimat. Czuć ogromne poruszenie, wszędzie pełno ludzi robiących główne zakupy w ciągu dnia zaraz po zachodzie słońca. Uliczne garkuchnie idą pełną parą, handlarze wykrzykują, zwierzęta skowyczą, wszystko się porusza, jak staniesz w miejscu to cię rozdepczą.  Przypomina to wieczory w czasie ramadanu w krajach arabskich gdzie po całym dniu postu ludzie wreszcie mogą najeść się po syta.

Musieliśmy się  przebić rikszą się przez całe miasto. Targowanie się z riksiarzami w takich warunkach jest strasznie fajne, na chwilę wtapiamy się w społeczność tego miasta i dokładamy swoją cząstkę do wszechobecnego tu chaosu. Lubię takie sceny sytuacyjne mimo nie mamy dużych szans na stargowanie ceny gdy na nas 2 przypada 30 rikszarzy okazujących solidarność z tym, który jako pierwszy powiedział cenę. Pojawia się blokada, żaden nie chce się wychylić bo inni słuchają. Na osobności każdy pojechałby za pół ceny. Trzeba jakoś z tego wybrnąć. Hotel Ajit jest 4 km za starym miastem i tam załatwiamy bilety. Widać od razu że to hotel do którego chętnie przywiózłby nas Rajan, białe Taty stoją w szeregu pod bramą czekając na poddanych królowej angielskiej wożących wygodnie swoje tyłki (tak jak my jeszcze 2 dni temu  🙂
No więc, żeby tylko nas nie rozłożyło bo klimacior robi się coraz fajniejszy. Leżymy w hotelu, jaramy fajki czego normalnie nie robimy i słuchamy muzyki z mojego telefonu, który rzęzi, ale w tych okolicznościach nie ma to znaczenia. Okno otwarte, już noc, na ulicy gwar, idzie korowód weselny z bębnami,  strzelają fajerwerki i petardy, trąbią klaksony, spać się nie chce. Świadomość takiej chwili daje mocnego kopa energii i świadomość nieświadomości wyjątkowości momentu.

—————————————————————————————————————-

Konkrety:
– przejazd po Jodhpurze autorikszą ok. 4 km –  nie więcej niż 50 INR
– paracetamol – 10 INR
– antybiotyk, 4 tabletki – 230 INR

Następny dzień >>

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.