Madurai, droga do Munnar

Dzień 13 – 04.11.2009

Ulice Madurai o 5 rano były całkiem puste. Spacer do niesamowitej świątyni Sri Meenakshi w niczym nie przypominał wczorajszego slalomu między pojazdami i pieszymi.
Przed wejściem do środka świątyni oglądamy niezwykle szczegółowe i barwne rzeźby oraz figurki, którymi pokrytych jest 14 wież świątyni, odrestaurowanych zaledwie kilka lat wcześniej, dzięki czemu kolory są żywe- żeby nie powiedzieć kiczowate. Ogrom pracy włożonej w tak precyzyjne zdobienia obecnie jest trudny do wyobrażenia. Budowla niespotykana i niepowtarzalna w skali świata, robi ogromne wrażenie.
Sri Mennakshi to kompleks kilku świątyń  i dziedzińców otoczony 14 wieżami. Stanowi symbol tamilskiego narodu i jest jedną z głównych świątyni hinduistycznych.

Wewnątrz znajduje się m.in. sala tysiąca  kolumn z licznymi malowidłami na suficie. Niektóre z tych nich są dość dziwne. Trudno mi sobie wyobrazić jak coś co  przypomina „pachołek drogowy” jest tu przedmiotem kultu wielu pielgrzymów. No ale tak jest.

 
 

Właściwie co krok znajduje się tu jakiś posąg czy rzeźba z wizerunkiem hinduistycznych świętych. Atmosfera jest doniosła, spokojna, lekko ponura i tajemnicza. Słychać odprawiane mantry, transującą muzykę tradycyjną a w powietrzu czuć zapach kadzideł. Większość osób w świątyni to modlący się hindusi, turystów z aparatami poza nami spotkaliśmy maksymalnie pięciu, może to z powodu wczesnej pory dnia.

Zaraz po wejściu panuje lekki chaos bo nie bardzo wiadomo czy już jesteśmy w głównej części zabytku czy nie. Nie widać kas biletowych. Zostajemy chwilę później zaczepieni przez świątynnych kanarów, którzy pokazują nam drogę do okienka biletowego. Podczas zwiedzania kilkakrotnie jesteśmy proszeni o pokazanie biletu na aparat – za każdym razem w wyraźnie niemiły sposób. Spotyka nas też niemałe rozczarowanie – dwie główne części świątyni – podobno najbardziej okazałe – Shiva Temple oraz właściwa Sri Menakshi – są jak głosi tablica „for hindus only”. Ta podwójna moralność hindusów zaczyna mnie irytować. Tradycyjnie już robimy zdjęcia z grupkami hindusów i ucinamy sobie pogawędkę z ochroniarzami po czym wychodzimy innym wyjściem. Wszystkie wyjścia ze świątyni są lustrzanie podobne i tylko numerek z szatni na buty podpowiada nam, że musimy się udać do zachodniej bramy.

Sprzedawcy tu w Tamil Nadu nie są tak nachalni jak ich odpowiednicy w Rajasthanie . Natomiast jest tu więcej nawiedzonych, którzy widząc nas zmieniają swój kierunek ruchu i podążają za nami nie wiadomo po co i bez słowa. Jest 9 rano i szukamy od dłuższego czasu miejsca na śniadanie. W takich sytuacjach łatwiej jest znaleźć w centrum miasta hotel,  przy którym z pewnością znajdzie się restauracja z bieżącą wodą. Mimo dużo większej pewności po tylu dniach w Indiach trzymamy się zasady nie jadania z ulicznych garkuchni i jadłodajni, które swym wyglądem odpychają.
O 10.40 jesteśmy już na dworcu autobusowym, na którym nikt nie mówi po angielsku. Na szczęście dzień wcześniej udało się znaleźć kasowego, który umiał dwa słowa na krzyż i wskazał nam godziny odjazdu autobusów do Munnar. Bo oczywiście tablica informacyjna z nazwami miejscowości jest napisana „kręciołkami” po tamilsku podobnie jak tabliczki za przednią szybą autobusów, których na placu dworca kłębi się kilkadziesiąt. Trudno się doszukać jakiegoś porządku i kolejności przyjazdu autobusów. Dworzec przypomina trochę z układu polskie dworce PKS z tą różnicą że tu nie ma żadnych stanowisk. Chodzę więc od kierowcy do kierowcy krzycząc „Munnar, Munnar” a oni tylko przecząco kiwają głowami. W końcu jeden z oczekujących na chodniku ludzi pomaga nam, na migi wskazując właściwy pojazd.

Sposób na pytanie kilu osób jednocześnie jest dość bezpieczny i pozwala nam już nie pierwszy raz nie przegapić swojego kursu. Tym razem jedziemy po raz pierwszy local busem. Nasza przygoda na południu Indii zaczyna się zupełnie inaczej. Autobus wygląda lepiej w środku niż na zewnątrz. Za 142 INR w 2 osoby jedziemy przez 6 h do Munnar, więc jest dość tanio i ok jeśli masz miejsce siedzące. Droga jest przyjemna tym bardziej, że opróżniamy butelką whiskey, słuchamy muzyki, robimy głupawe zdjęcia. Żywimy się orzeszkami kupowanymi przez okno na kolejnych przystankach.  Widoki już nie są w aurze słonecznej jednak nie mniej ciekawe: zielone pola, palmy, pierwsze góry i wciąż zadziwiające kościoły i przydrożne kapliczki. Południe wrzuca spory luz, a przez brak słońca zapominamy ze jesteśmy w Indiach. Tamil Nadu jest trochę jak inny kraj. Zbliżając się do granicy z Keralą autobus zaczyna wspinać się pod góry krętymi serpentynami.

 
 

Widoki są super i coraz częściej nikną w gęstwinie chmur. Gdy jesteśmy na samym szczycie autobus nie daje rady i zaczyna dymić z silnika. Wysiadamy w wiosce w górach. Po wypitej whisky wszystko wydaje się dość nierzeczywiste i zabawne. Mamy tu czekać na autobus zastępczy jednak gdy podjeżdża pierwszy lepszy ładujemy się do środka bez pytania i za kolejne 40 INR jedziemy do Munnar. Super się złożyło bo właśnie zaczęło lać. Za oknami, w których nie ma szyb zaczynają się pierwsze pola herbaty obrastające niczym mech otaczające wzgórza.

Wjeżdżamy do Kerali a chwilę później do Munnar. Są tu liczne lepsze hoteliki i pensjonaty, mnóstwo sklepików z przyprawami i herbatą i oczywiście kościół w samym sercu miejscowości. Wszystko znajduje się tu wzdłuż dwóch dróg, które krzyżują się w centrum. W Munnar krzyżują się tez dwie rzeki i podobno od tego powstała nazwa miejscowości.  Hotel polecany przy Lonely Planet prawie nie istnieje. Właściwie to istnieje, nawet można w nim dostać pokój za 200 INR, z tym że wygląda jak po powodzi a budynek jest dosłownie w trakcie rozbiórki.  Zarabiają do samego końca.  Jedziemy do JJ Guesthouse, w którym jest full, więc idziemy obok – do Green View z pokojem za 35 INR. Pokój nie ma okna i jest słaby ale jest czysto i nie chce nam się dalej szukać. Trekkingi organizowane przez obsługę hotelu kosztują 650 INR od osoby i obejmują pięciogodzinne wejście na jedną z kilku gór co wydaje się dość monotonne.
Chwilę później wychodzimy na zewnątrz gdzie zahacza nas riksiarz i oferuje całodniowe zwiedzanie okolicy w całości  za 700 INR z dojazdami rikszą. Brzmi fajnie – a riksiarz- Rajamanii jest sympatyczny, więc  decydujemy się umawiając na 9 rano następnego dnia. Miasteczko położone jest 1,5 km w górę od hotelu. Rajamani podrzuca nas do centrum, gdzie robimy zakupy przypraw i herbat oraz zjadamy smaczną i tanią  kolację w Surya Soma Resturant. W czeluściach nocy powracamy do hotelu wąską dziurawą drogą, uciekając niemal do rowu przed każdym nadjeżdżającym pojazdem.

—————————————————————————————————————–
Konkrety:

– bilet wstępu do Sri Meenakshi – 150 INR
– bilet za aparat w Sri Meenakshi – 50 INR
– Riksza w Madurai – TM Logde – dworzec sutobusowy – 50 INR
– Local Bus Madurai – Munnar – 71 INR/os  – 6 h
– Hotel Green View, Munnar – 350 – 400 INR ( w zależności od pokoju)
– Trekkking 5-6 h po górach organizowany przez hotel Green View – 650 INR

Następny dzień >>

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.