Old Moses – Nanyuki – Nairobi

Trekking Mount Kenya: dzień 4 i powrót

Przed nami już tylko droga z górki by dotrzeć na kenijskie białe plaże. To co najbardziej wymagające było właśnie za nami i to na co najbardziej czekaliśmy już się wydarzyło. Idąc za doświadczeniem mogliśmy się jednak spodziewać, że w najbardziej niespodziewanym i niepozornym dniu wydarzy się coś niezwykłego, jakiś kolejny kamień milowy wyprawy. To nadawało więcej barw i chęci do dalszego aktywnego postrzegania tych kilku pozostałych dni wyprawy. 
Przeziębienie jak rzep trzymało się mnie ciągle, pozwalało jednak iść i w miarę funkcjonować. Po doświadczeniu choroby wysokościowej, lekka gorączka i kaszel nie były żadnym problemem dopóki utrzymywały się na tym poziomie. W Old Moses odpuścił już ból głowy. Wyspany i najedzony wyruszyłem rano w kierunku najbliższego gorącego prysznica, który czekał na mnie gdzieś w Nairobi. Ta myśl naprawdę potrafi dać kopa. 
Ostatni etap to zwykły spacer po lesie. Po niecałych 1,5 h staliśmy już przy znajomej bramie parku gdzie czekał na nas van. Pożegnaliśmy się z ekipą i ruszyliśmy w kierunku Nanyuki gdzie przesiedliśmy się w inny, już publiczny van do Nairobi. Joseph jechał z nami. Mieliśmy się zatrzymać gdzieś po drodze by stanąć choć raz świadomie na równiku, który właśnie mieliśmy przecinać po raz trzeci w ciągu ostatnich dni. Nasza prośba została jednak kompletnie zlana nie wiedzieć czemu. Nie drążyliśmy tematu, przestało nam zależeć.
Jako reprezentanci kultury ciepłych kapci możemy się zabawiać w survivale a i tak nie dorównamy przeciętnemu afrykańskiemu pastuchowi. Po 4 dniach bez prysznica czujemy się po prostu średnio. I wszystko nas wkurwia. Niekończąca się droga do Nairobi szczególnie. Kierowca zatrzymuje się co chwila nie wiedzieć czemu a sam wjazd do zatłoczonej stolicy trwa wieczność. Jest za to okazja poobserwować billboardy reklamowe, które koniecznie i zawsze – są po angielsku. Kupować znaczy przynależeć. W Afryce widać to wyraźniej bo tu nawet inny język oddziela ulicę od „salonów”…
Dyskomfort rośnie, mimo że odkleiliśmy się od twardych siedzeń znienawidzonego vana to znaleźliśmy się w centrum mrowiska, przez które przedzieramy się z całym ekwipunkiem na plecach. W centrum Nairobi depczesz po innych albo zostajesz zdeptany, jak na koncercie rockowym – im bardziej napierasz tym mniej czujesz napór innych. Stan wnerwienia pomaga się przedrzeć. Krążymy po mieście, odbieramy nasze rzeczy z biura Nelsona, szukamy hotelu, szukamy bankomatu, trekking miękko zamienia się w tramping. Żegnamy się z Josephem w recepcji hotelu Greton, każdy idzie w swoją stronę.  Zostają zdjęcia, myśli, relacje i kilka linków.
Fakty;
Old Moses – Sirimon Gate: 2 h
Nanyouki – Nairobi busem: 3,5 h

Dalej >> 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.