Przez Dar es Salaam do Arushy

Promy z Zanzibaru do Dar es Salam odchodzą niemal co godzinę między 7 rano a 13 a później tez coś pływa. Nie ma problemów z rezerwacją choć zawsze lepiej zrobić ją dzień wcześniej. Firm jest wiele i każda z nich ma inny prom i odpływa o innej godzinie. Jedynie cena dla non- residents jest taka sama wszędzie – 35 USD. Podróż trwa do 2 godzin a prom umożliwia zarówno siedzenie w klimatyzowanym przedziale jak i podziwianie widoczków na zewnątrz. 
W Dar es Salaam mieliśmy zatrzymać się u poznanego na Spice Tourze tajlandczyka Sama. Nie zamierzaliśmy zwiedzać tego miasta ponieważ z wielu relacji wiedzieliśmy, że nie ofertuje zbyt wiele. Konieczne było jednak zatrzymanie się by zakupić bilety autobusowe do Arushy na kolejny dzień. Piechotą z portu przeszliśmy się do okolic poczty i Lybia Street gdzie znajduje się kilka firm autobusowych obok siebie. Wybraliśmy Kilimanjaro Ekspres zwany również KLM. Oferował wczesny wyjazd, o 5.00 a w dodatku spod biura i nie trzeba było się fatygować w tym przypadku na oddalony od miasta o 8 km dworzec PKS – Ubungo o czym błędnie informuje Lonely Planet że trzeba zawsze. 
Sam, człowiek który nas zaprosił  mieszkał w kampusie dla nauczycieli niedaleko centrum w bogatszej dzielicy Upanga. Był nauczycielem informatyki w International School of Tanganyka. Spotkaliśmy się tuż pod bramą wjazdową gdyż tego samego dnia wracał z Zanzibaru. Poznaliśmy jego anglo-austro-amerykanskich znajomych, innych nauczycieli na dachu gdzie urządzali sobie weekendowego grilla. Później mieliśmy okazje połazić trochę po okolicy nawet po zmroku. Wypad do supermarketu po paczkę ciastek był absurdalny ale dał nam spojrzenie na lepszą część Dar es Salaam, którego ulice wypełnione są setkami luksusowych SUVów a mieszkania w nowych, strzeżonych apartamentowcach są sporo droższe od warszawskich. Kilka kilometrów dalej była normalna Afryka, której bliskości tutaj się nie czuło. Pogadaliśmy z Samem o świecie i zmieszaliśmy kilka trunków. Pobudka czekała nas dość wcześnie a zamówiona taksówka nie przyjechała. O 4.30 w nocy w tamtej części Dar po ulicy skaczą jedynie pchły od kotów, ale jakimś cudem znalazła się inna zbłąkana taksówka, której weszliśmy niemal pod koła by się tylko zatrzymała. Za 10 minut czekaliśmy już w autobusie na odjazd.
Afryka zza okna, to był temat tego dnia bo właśnie zapuszczaliśmy się w interior. Widoki się zmieniały ale większość elementów charakterystycznych dla krajów Afryki pozostało takich samych jak na Zanzibarze. Czasy gdy z słuchawkami na uszach potrafiłem wlepić się w szybę autobusu i zapomnieć o wszystkim już minęły. Z perspektywy autobusu, kraje tzw. trzeciego świata wyglądają podobnie; przydrożne stragany z cebulą i usmarowane warsztaty, bezczynnie snujący się ludzie i przekupki z orzeszkami i napojami na przystankach wystawiające swoje towary do okien pojazdów, obrandowane domy z wielkimi napisami Coca Cola lub Pepsi – mentalne gwiezdne wrota do zachodu oraz nowość od kilku lat: domy obmalowane markami telefonii komórkowych – absolutnie przydrożny hit Tanzanii i Kenii. Dalej, dzieci bawiące się zużytą oponą, kozy pasące się na kamieniach, drewniane budy dumnie nazwane salonami fryzjerskimi, ludzie z wiadrami na głowach, mistrzowie logistyki z całym dobytkiem przewożonym na motorze, czarne worki foliowe zdobiące wszystkie krzewy i drzewa itp. itd…  Na dalszym planie rozpościera się zwykle ciekawszy widok ale jego urok zwykle blednie pod grubą warstwą brudu na szybie. 
Mijaliśmy po drodze góry Usambara i Pare, które wyglądały dość ciekawie. Przypomniały mi się wtedy godziny spędzone nad planowaniem i szukaniem taniej alternatywy do zwiedzania tych – co by nie było – drogich krajów. Poszukiwałem ciekawych miejsc gdzie wstępy nie byłyby takie drogie jak np. do Serengeti. Było kilka takich miejsc m.in. właśnie mijane góry Usambara i Pare, treking na Mt. Henang czy park narodowy Mikumi. Po głębszej analizie wychodziło jednak, że oszczędność nie byłaby taka wielka a zwiedzanie Tanzanii z pominięciem takiego np. Ngorongoro zakrawałoby o absurd. Pozostało zatem przełknięcie gorzkiej pigułki kosztów i doinwestowanie do bardziej wypasionego wyjazdu. 
Podróż do Arushy miała trwać 8h a trwała 11. Czyli afrykański standard. W okolicach Moshi wypatrywałem masywu Kilimandżaro, który niestety był cały ukryty w chmurach. If you can’t climb it, you can drink it – głosiła reklama popularnego piwa Kilimanjaro wisząca tuż przy ulicy. My z lekką nostalgią spoglądaliśmy na najwyższą górę Afryki, gdyż przez 3 miesiące planowania biliśmy sie z dylematem „to Kili or not to Kili” Wybraliśmy jednak Mt Kenye, która jest również ciekawa i 4 razy tańsza.
Na 1,5 godzinnym odcinku drogi Moshi – Arusha byliśmy świadkami 2 groźnie wyglądających wypadków drogowych. Kierowcy w Tanzanii zdają się nie mieć mózgu i każdy kolejny przypadek tylko to potwierdzał. W końcu znaleźliśmy się u celu podróży, w Arushy- mieście słynącym z ulicznych naganiaczy, kieszonkowców i oszustów – tak przynajmniej straszy przewodnik Lonely Planet, w którym słowa touts and hassle występują niezwykle gęsto w tym rozdziale. Dotarliśmy ok. godz. 16 więc było jeszcze jasno i sporo czasu na znalezienie firmy i zorganizowanie sobie kolejnych 4 dni na afrykańskim safari.   
Fakty:
– bilet na prom z Zanzibaru do Dar es Salaam – 35 USD 
taksówka po Dar es Salaam – 10 minut jazdy w środku nocy – 5000 Tsh
– bilet autobusowy firmy Kilimanjaro express – 28 000 Tsh
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.