Przez Lentekhi do Ushguli

Postanowiliśmy, że już drugiego dnia bez ociągania się uderzymy w góry do pięknej Svaneti a konkretnie do Ushguli. Robiliśmy różne warianty pogodowe ustalając trasę tak by nas morzem nie wylądować w deszczu. Pogoda bowiem zapowiadała się w kratkę. Wyruszyliśmy na północ od miasta naszym lekko zmurszałym pojazdem, napełniliśmy bak gazem oraz benzyną do pełna i wyjechaliśmy z licząc, że po drodze zakupimy wszystko inne. Wybraliśmy drogę przez Lentekhi, drogę ….której nie widać na google maps 🙂 Normalnie wszyscy jeżdżą do Ushguli przez Mestię; my nie chcąc robić tej samej drogi 2 razy postanowiliśmy sprawdzić zawieszenie naszego Nissana.

Oczekiwaliśmy, że trasa będzie trwać ok 6-8 h. Myliliśmy się srogo bo wyszło ponad 12 h! Do Lentekhi wspinaliśmy się krętą, miejscami asfaltową drogą z prędkością ok 30km/h. Za ta miejscowością asfalt skończył się i wjechaliśmy na pełny offroad. Do stałego telepania przyzwyczailiśmy się prędko, jednak pojawił się problem  braku jedzenia, picia i jakichkolwiek sklepów po drodze. W Lentekhi kupiliśmy zaledwie sam chleb w lokalnej piekarni. Jak to możliwe, że w największym zadupiu w Etiopii czy Laosu przy drodze zawsze ktoś czymś handluje a tu w Gruzji nie? Można tylko zgadywać…

Dopiero około godziny 18 już w głębokich górach napotkaliśmy wioskę z hostelem i sklepikiem. Tam się podratowaliśmy batonami, wodą i ciastkami po dwukrotnie wyższych cenach. Wtedy zaczęło lać jak z cebra a droga zamieniła się w potok. Chwilę później auto zsunęło nam się do wyrwy wydrążonej przez poprzeczny potok i zawisło na podwoziu. Była chwila strachu, ale napęd 4×4 szybko sobie z problemem poradził. Do pełnego komfortu było jednak daleko, gaz skończył się dawno a na wskaźniku benzyny pojawiła się lampka rezerwy. Szacowaliśmy wtedy, że zostało nam jeszcze 3 h drogi. Nadal siąpił deszcz i zaczęło się robić ciemno. Postanowiliśmy dojechać do najbliższej wioski i zostać do rana ale kolejne wioski z naszej mapy okazywały się opuszczonymi osadami gdzie nie było żywego ducha. Cała trasa wydawała się wyludniona, mijaliśmy setki opuszczonych domów, od Lentekhi nie minęliśmy żadnego innego auta. Jechaliśmy ciągle wzdłuż rzeki doliną a góry mieliśmy nad sobą przez co szybciej zastał nas zmierzch.

Sama droga zaczęła wyglądać jak leśny szlak tatrzański. Prowadzenie auta na przeważających odcinkach polegało na minimalizacji wstrząsów wewnątrz kabiny. Poruszając się 5 -10 km/h omija się jedynie głębokie doły i wyżej wystające głazy spoglądając na 5 metrów do przodu. Gdy zrobiło się ciemno, no cóż, łatwiej nie było…

Minęliśmy jakąś miejscowość o nazwie Tsana – kilka domów po lewej stronie od drogi za rzeką z małym mostkiem i zamkniętym szlabanem, który nam jasno dał do zrozumienia żeby tam nie wjeżdżać. Chwilę dalej spotkaliśmy faceta z koniem i zapytaliśmy o nocleg. Podpowiedział byśmy się wrócili do Tsany, gdzie i on zamieszkiwał. Aby nawrócić auto musieliśmy jechać jeszcze przez 10 minut naprzód by znaleźć odpowiednio szerokie miejsce. Gdy wróciliśmy do wioski szybko okazało się, że nie uświadczymy tu znanej gruzińskiej gościny, odesłano nas z kwitkiem twierdząc, że nie ma miejsca. Facet, który nas nagaił sam był tam gościem i bym trochę zdziwiony obiegiem sprawy, tym bardziej my bo zrobiło się już całkiem ciemno, straciliśmy około godziny i jakąś część cennego paliwa. Własna intuicja przy zamkniętym szlabanie okazała się bardziej trafiona. W późniejszych dniach opowiadaliśmy wielu Gruzinom tą historię i każdy kiwał głową z niedowierzaniem.

Postanowiliśmy lecieć dalej do celu bo innego sensownego wyjścia nie było. Zastała nas czarna kaukaska noc w środku gór, bez jedzenia i picia, bez zasięgu na komórkach, na oparach benzyny i jeszcze z małym Frankiem, który wesoło fikał sobie po aucie już od momentu gdy skończyły się skarpy. Pocieszaliśmy się wizją posiadania kilku słoiczków z jedzeniem naszego maluszka:) Lampka od rezerwy bezlitośnie świeciła w czarnej kabinie auta, padał deszcz, na drogę wybiegały lisy, tchórze, podlatywały sowy. Takie małe nocne safari, brakowało tylko niedźwiedzia…

W końcu o godzinie 23 zobaczyliśmy pierwsze światełka w oddali. To musi być Ushguli! Do samego końca nie mieliśmy pewności. Na jednym z pierwszych napotkanych budynków zobaczyliśmy napis Guesthouse Ushguli Rati & Ani. Czyli udało się!
Na podwórku w strugach deszczu stał facet w dresie, który oprowadził mnie po hostelu znajdującym się w rozbudowie. Jego żona -właścicielka wyraźnie wybudzona ze snu, przyjęła nas pod dach i w 10 minut przygotowała pyszną, ciepłą kolację urozmaiconą buteleczką lokalnej gruzińskiej czaczy. Zwykła droga przerodziła się niespodziewanie w przeprawę offroadową, w misję. Niezły początek wyjazdu!

Fakty:
– paliwo 27 gel
– nocleg Rati & Ani Guesthouse w Ushguli – 45 gel za dobę za dwójkę ze śniadaniami i kolacją
– różne drobne spożywcze 38 gel

1 komentarz

  • Jagoda

    Hej a ile kilometrów wyniosła cała trasa ?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.