Przylot do Indii

Dzień 1 – 23.10.2009

Moment wyjścia z domu zawsze budzi emocje. Pojawiają się różne dziwne myśli w głowie.
Stoimy na klatce schodowej, drzwi już zamknięte, na plecach cały świat który zabieramy, za drzwiami cały świat który zostaje. Wszystko wygląda trochę inaczej. W perspektywie wyjazdu na inny kontynent moja uwaga jest wyostrzona. Ściany, lamperie, poręcze, cała klatka schodowa, kamienna twarz taksówkarza wiozącego nas na lotnisko, wszystko w taki dzień jest inne.

Najważniejsze żeby nie było opóźnienia lotu do Warszawy bo jeśli nastąpi to możemy nie zdążyć na główny przelot do Delhi, tym bardziej że to dwie różne linie lotnicze i spóźnienie  skutkuje przepadnięciem biletu. Ale jeśli chcesz latać tanio to trzeba ryzykować. W razie czego mamy 5 h i do Warszawy autem mamy szanse dojechać. Na szczęście lot nie jest opóźniony więc kamień z serca. Mamy natomiast inną niespodziankę z bagażem. Głąb z odprawy we Wrocławiu nadał nasze bagaże do Moskwy, gdyż dalej podobno nie mógł. Nie wiem na ile by to skomplikowało naszą sytuację, ale bieganie po moskiewskim lotnisku w poszukiwaniu bagażu na terminalu transferowym nie brzmi dobrze. Dlatego w Warszawie poprosiliśmy o wyrzucenie bagaży by nadać je jeszcze raz docelowo do Delhi.

Gdy startowaliśmy z lotniska w Warszawie bezskutecznie rozglądałem się za jakimkolwiek napisem z nazwą miasta na budynku portu lotniczego. Niestety władze Okęcia uznały to za niepotrzebny detal bo przecież każdy wie gdzie leci. Dlatego wszystkich przybywających do Warszawy witają wielkie napisy „City handlowy” umieszczone na rękawach lotniska. Patrzę na to widzę niezbity dowód na zdominowanie Polski przez obce kapitały.

Lot Aeroflotem jest nieco siermiężny. Stewardessy przypominają kucharki w barze mlecznym, mają czerwone poliki, ostry makijaż i wiekiem około 50- tki. Są bardzo miłe gdy uda się z nimi porozmawiać. Jednak regularność ich pracy jest dla mnie zagadką.  Już prawie dochodzi z jedzeniem do naszego rzędu, nagle przystaje i gada z kimś 15 minut, po czym znika na kolejne 10. Gdy w końcu dostajemy paszę w 90 % złożoną z mięsiwa, po drugim kęsie babka zaczyna zbierać tace. Ten kawałek Rosji już pokazuje na co się piszemy lecąc do tego kraju. Na monitorach w samolocie wyświetlana jest odległość od celu, temperatura, czas na miejscu, wysokość loty itp. w 2 językach: rosyjskim i angielskim. Z tym, że dane po angielsku podane są w milach, stopach, Kelwinach i innych anglosaskich niezrozumiałych dla mnie miarach tak jakby informacje po angielsku były dla brytoli zaś inni powinni znać rosyjski. Może to tylko moja polska podejrzliwość wobec ruskich się odezwała, ale logika myślenia Rosjan już nie pierwszy raz wprawiła mnie w zakłopotanie.

Na lotnisku w Moskwie kolejny zong. Znów musimy przechodzić przez bramki kontrolne, ściągać buty, otwierać torby itp. żeby dostać się do terminala transferowego! Przecież dopiero co przechodziliśmy kontrolę przed wejściem na pokład. Tylko u ruskich takie coś mnie spotkało jak dotąd. To jednak nic. Zabrano nam dwie butelki naszego ulubionego „wakacyjnego” trunku zakupionego godzinę wcześniej. Babka w sklepie bezcłowym na lotnisku w City handlowy nie dała nam paragonu w swej nieświadomej trosce o naszą trzeźwość, co było pretekstem lub wystarczającym powodem do konfiskaty przez ruskie baby z wąsem. Rosyjskie przepisy uznają więc za prawdopodobne, że pędziliśmy bimber w locie, skoro na pokład nie można wnosić więcej niż 100 ml płynu…Beton nie do skruszenia słowem…

Lotnisko Szeremietjewo w Moskwie jest niewiele większe od wrocławskiego „portu lotniczego” który bardziej przypomina dworzec PKS. O wielkości i randze świadczą tu jedynie ceny w barach gdzie najmniejsza kanapka kosztuje minimum 20 zł.

Layover był krótki więc niedługo potem lecieliśmy już nad połacią Eurazji. W samolocie oczywiście nawalony ruski wpadał na nas co chwilę swoją ogromną pijaną dupą bratając się z innymi towarzyszami lotu. Stewardessa widać przyzwyczajona do podobnych scen momentami zwracała nawalonemu panu uwagę jednak z niewielkim skutkiem.  

Bez szczególnych atrakcji minął lot i zbliżaliśmy się do lądowania w Delhi. Planowo o 0:30 w nocy byliśmy na miejscu. Przy odprawie hindusi przeskanowali nas czy nie przywieźliśmy ze sobą gorączki spowodowanej świńską grypą.  I jesteśmy.

Bierzemy pre-paid taxi, czyli taksówkę opłacona z góry na lotnisku w budce , jedziemy na Paharganj zwany tez Main Bazarem . Wychodząc przez drzwi lotniska nie dostrzegłem, że jesteśmy już na zewnątrz. To pierwsze zetknięcie z różnicą klimatyczną i z tym słynnym zapachem Indii. Naczytaliśmy się dość sporo o przekrętach, do których zdolni się indyjscy taksiarze jednak nam nic takiego się nie przydarzyło. Jedziemy starym czarno – żółtym Ambasadorem, który przypomina starą warszawę – samochód oczywiście.

Otoczenie przypomina nam marokański Marakesz, ruch jest tu lewostronny, wysokie krawężniki, powietrze suche, pustynne. Ulice Delhi są puste o tej godzinie, po drogach przetaczają się wielkie ciężarówki wiozące stal, liny i ciężki sprzęt budowlany. Paharganj zaskakuje nas trochę, nie widać wcale że to centrum stolicy Indii. Początkowo myślę, że taksówkarz zrobił nas w wała, ale już po chwili widzę białych dredziaży na chodniku popalających coś co wygląda tylko na papierosy. Znaczy że jesteśmy gdzie trzeba. Budynki niskie, karłowate, nieklarowne w swej formie, wiaty,  nadbudówki, kable, podniszczone szyldy reklamowe, syf. Krowy pasą się na nieskończonych pastwiskach plastikowych worków a dookoła biegają watahy zapchlonych bezpańskich psów, kilku bezdomnych śpi na chodnikach. Taksiarz nie może znaleźć naszego Downtown Hotel gdzie zamierzaliśmy się zatrzymać  więc i po przejeździe tym urokliwym bulwarem w te i wewte postanowiliśmy wysiąść w jakimś jaśniejszym miejscu i poszukać czegoś na własną rękę.

Daleko temu miejscu do Khao San Road w Bangkoku. Nie wiem czemu ale jakoś spodziewaliśmy się podobnego klimatu lecz tu wygląda wszystko o niebo gorzej jak slums i nie wiadomo o co chodzi.  W jedynym oświetlonym miejscu, gdzie stali jeszcze jacyś ludzie był hotel Lord Krishna. Hotel wyglądał licho, ale 500 INR zbite z 600 było znośne jak na Delhi, poza tym była 3 w nocy, ponad 24 h na nogach i brak ochoty na dalsze spacery pomógł nam podjąć decyzję. Pierwszy nocleg jest zawsze loterią gdy na własnej skórze nie doświadczyłeś jeszcze „średniej krajowej” jakości hoteli.

Pokój celowo wybieramy z oknem, jeszcze przed snem cykam kilka fotek bo krajobraz jest urzekający…

Cudowne wrażenie lekkości po zimnym prysznicu ułatwia błogie zasypianie. Idylla nie trwa jednak długo gdyż z pierwszymi promieniami słońca na Paharganju zaczyna się istne szaleństwo. Nie muszę chyba pisać, że okna nie były dźwiękoszczelne. Ok. 5 nad ranem zbudziły nas bębny i dziwne śpiewy za oknem, później rozpoczął się  koncert klaksonów- słoników, który trwał już do samego rana. W Indiach trzeba 2 razy przemyśleć branie pokoju z oknem na ulicę…

 ———————————————————————————————————–

Konkrety:
Taxi lotnisko Delhi – Paharganj – 310 INR (przelicznik x 0,7) = ok. 21 zł
Nocleg pokój 2 os – hotel Lord Krishna – 500 INR – non AC
Butelka wody – 20 INR

Następny dzień >>

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.