Przylot do Kutaisi

Początek był trudny. Najpierw korek na A4 napędził nam stresu, że nie zdarzymy na lotnisko a później opóźnienie samolotu …7 godzinne. Awaria oświetlenia pasa startowego spowodowała, że pasażerowie LOT dostali jasną informację – 7 godzin opóźnienia- zaś pasażerom Wizz Aira mydlono oczy co godzinę do samego rana by nie zapewnić noclegu. Jakoś sobie poradziliśmy a najlepiej Franek bo spał do samego rana w wózku. Trwały półfinały mistrzostw świata w piłce nożnej i właśnie gospodarze Brazylijczycy podejmowali Kolumbię. Stado pasażerów czekających tak jak my, z piwkiem w dłoni zawisło nad właścicielem pewnego laptopa na których człowiek oglądał sobie mecz, a potem już kimanie z czuwaniem i studiowanie przewodnika, na przemian do samego rana.

Oczywiście niekoniecznie w samolocie udało nam się odespać bo Francik był wyspany i fikał w najlepsze. Lot do Gruzji przez to wszystko jawi mi się jako jedna z najdłuższych przepraw mimo, że to tylko ok 5 godzin lotu.

Rano na lotnisku czekał na nas pewien Gruzin z samochodem, nieśmiało wspomniał, że czeka na nas od  północy kiedy to powinniśmy przylecieć zgodnie z planowanym rozkładem. Niestety jego szef nie poinformował go o naszym esemesie z opóźnieniem. Odebrany Nissan Pathfinder okazał się mniejszy niż to sobie początkowo wyobrażałem. Bagażnik zapełniliśmy tak, że nie weszła by wykałaczka, ale wszystko się zmieściło. Podpisaliśmy umowę, zapłaciliśmy i w drogę.

Wielkich refleksji nie było. Pierwsze zetknięcie z Zakaukaziem przyjąłem bez większych emocji, wszakże niewyspanie dawało się we znaki. Żadnych innych zapachów w powietrzu, widoki jakby nieco swojskie. Zadziwiły co prawda pierwsze napotkane samochody jadące bez drzwi i przedniej szyby, ale dopiero wjazd do Kutaisi odkrył przed nami postsowieckie oblicze tego kraju. Mimo, że tematów postsowieckich prawie nie znam, to jakoś czuć tą wspólną bliznę w architekturze zabudowy. Gdzieniegdzie dochodzą do tego wątki azjatyckie.

Hostel Kutaisi by Kote na Gorki street był miejscem do którego zmierzaliśmy. Polecony przez znajomych, położony na wzgórzu w centrum miasta okazał się fajną miejscówką w dobrej cenie i bardzo dobrych warunkach. Bardzo też tam swojsko gdyż większość gości to rodacy. Hostel ulokowany w ciekawym miejscu, z którego rozpościerał się widok na położoną wyżej, zieloną część miasta. Było gorąco, wilgotno i pochmurnie. Po ulokowaniu się nie tracąc zbyt wiele czasu poszliśmy na rekonesans po mieście połączony z obiadem.

Mimo, że nie jedliśmy od dawna nie było nam łatwo zaleźć miejsce godne naszego wielkiego głodu. O kuchni gruzińskiej nasłuchaliśmy się tyle, że zapragnęliśmy nie zmącić pierwszego wrażenia byle jaką knajpą. I udało się. Wyśmienite khinkali (ichniejsze pierogi z mięsem)  oraz ostri ( pikantny gulasz) dały nam wyśmienity podkład pod zimne Zedazeni – piwo o takiej samej nazwie co ta knajpka w centrum Kutaisi.

No i teraz dopiero można było się zastanowić nad otoczeniem. Generalnie przypomniała się Polska sprzed 25 lat, dziurawe chodniki z kocimy łbami, ludzie jakby smutni na ulicach, sporo zniszczonych zębem czasu budynków i kilka odnowionych kamienic w centrum. Przejść przez ulicę stanowiło wyzwanie, nikt tu bowiem nie zwalnia nawet widząc ludzi z wózkiem i dzieckiem. Wśród uczestników ruchu drogowego rzucali się w oczy czarni panowie krążący po czterech z kędzierzawymi zimnymi łokciami wystawionymi za okna wysłużonych starych mercedesów, niemal szurających podwoziem o dziurawą drogę. Mimo wszystko, klimat był pozytywny i od razu  poczuliśmy się jak siebie. Kutaisi jest drugim co do wielkości miastem w Gruzji a sprawia wrażenie małej mieścimy ulokowanej u podnóża wielkiego łańcuch górskiego. Zaraz na północ od granicy miasta zaczynają się pierwsze wzniesienia Kaukazu, z których wypływa rzeka Rioni.

Nie zamierzaliśmy wiele zwiedzać tego dnia. Przez Kutaisi i tak musieliśmy wracać więc wszelkie plany tego typu odłożyliśmy na bliżej nieokreślone potem. Finalnie okazało się, że w ogóle nie zwiedzaliśmy w Kutaisi nic, a dokładnie nic co znaleźć by się mogło w dowolnym przewodniku.

Wracając wspinaliśmy się z powrotem na naszą dzielnicę na wzgórzu. Pięknie położone miejsce z wieloma starymi domami wśród zieleni, które w Polsce było by wypasioną dzielnicą, tu wygląda jak wieś wkomponowana w środek miasta. Po zakurzonych drogach wałęsają się brudnawe dzieci i bezdomne psy. Zapadał zmierzch gdy robiliśmy pierwsze zakupy pod hostelem dogadując się migowym rosyjskim, bo normalnego rosyjskiego nikt z nas nie znał. Szybko okazało się, że jego znajomość byłaby w Gruzji niezwykle pomocna. Kolejny półfinał mundialu obejrzeliśmy w kuchni w hostelu w szerszym gronie rodaków testując gruzińskie wyroby piwowarskie.

Fakty:
– wynajem auta Nissan Pathfinder na 14 dni: 800 EUR
– nocleg Hostel Kutaisi by Kote: 40 GEL za dwójkę
– obiad 30 GEL

Dalej>>

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.