Safari w Serengeti

Droga z obozu Panorama Camp nieopodal Lake Manyara do Serengeti trwała 5 h, ale za oknem działo się wiele, przejeżdżaliśmy przez spektakularne kratery okolic parku Ngorongoro. Mijaliśmy wioski prawdziwych Masajów zamieszkujących tamte tereny. W końcu wjechaliśmy na przedziwną płaską prerię, na której nie było widać horyzontu. Serengeti podobno oznacza nieskończoność. Przy wjeździe do parku spotkaliśmy kobiety masajskie sprzedające biżuterię własnej roboty. Dookoła rozpościerała się kamienista nicość, niebieskie niebo i brama nad drogą witająca w długo wyczekiwanym Serengeti. Widok zwalał z nóg. Przypomniały mi się sceny z amerykańskich równin. Nakładając na to kolorowe ozdoby masajskich kobiet wyszło takie cudo:
Już od samego początku widać było, że za magicznie brzmiącym słowem Serengeti faktycznie coś się kryje. Byliśmy już bardzo daleko od normalnych miast i dróg. Od kilku godzin jechaliśmy po kamieniach, dookoła wirowały tumany kurzu a  temperatura rosła. Po kamienistej prerii, zaczęło się robić zielono, następnie pojawiły się pierwsze zwierzęta, później pierwsze kępy charakterystycznych akacji spłaszczonych jakby siłą grawitacji. W oddali tworzyły się i znikały małe trąby powietrzne. Rozpoczęło się najlepsze. Stada zebr i antylop, najpierw na horyzoncie, potem przy wodopoju, następnie tuż przy aucie, na wyciągnięcie ręki. Lwy na pagórku wylegiwały się w najlepsze nie zważając na samochody i dźwięki migawek. Nie można było wyjść z auta. Drapieżnika spotykaliśmy co 15 minut. W jeziorkach i oczkach wodnych leżały niczym grube parówki w garnku hipopotamy oraz nieruchome krokodyle. No dobra, resztę doczytacie w każdym przewodniku.
Przed 18.30 mieliśmy dotrzeć do Seronera Camp i byliśmy na czas. Każdy dostał swój namiot do rozłożenia. Byliśmy ostatnią grupą więc zostały nam miejsca tylko na samym końcu pola namiotowego. Na polu była łazienka i prysznice z zimną wodą. Już po ciemku na składanych stolikach obok kantyny spotkaliśmy się grupą by zjeść kolację i omówić plany na rano. Jedzenia znów było mało, ale dobry humor nie pozwalał nam na jakiekolwiek narzekania, atmosfera była fajna i nikt nie składał reklamacji pomimo tego, że ciągle śmialiśmy się z holenderki, dopychającej się chlebem z cukrem. Jako jedyna grupa nie zmieściliśmy się do kantyny, co również było tematem żartów na temat budżetowego charakteru naszego safari. Jednak szybko się rozeszliśmy.

Przed pójściem spać wyszliśmy z Markiem na mały rekonesans wokół namiotu i fajeczkę. Zaczęły nas dochodzić trzaski łamanych gałęzi i parsknięcia. Stało się jasne, że wokół łażą dzikie zwierzęta. Tylko jakie? Pojawił się gość z noktowizorem i stało się jasne, że w odległości ok. 100 metrów pasło się stado słoni. Również stało się jasne, że obóz nie ma żadnego ogrodzenia ani strażników choćby monitorujących otoczenie. Nie zmrużyłem oka przez godzinę. Choć jestem z tych co raczej lekceważą zagrożenia niż panikują to tym razem wizja nogi słonia na mojej głowie wygrywała z liczeniem baranów. Klika lat wcześniej  jeździłem na słoniu po dżungli w Tajlandii i pamiętam wyraźnie z jaką gracją te olbrzymy pokonują przeszkody np. o wielkości namiotu – tratują wszystko co mają na drodze. Gdy trzaski stały się jeszcze głośniejsze postanowiłem wyjść z namiotu. I oto 10 metrów od namiotu ukazało mi się przy świetle księżyca piękne sześcio- osobnikowe stadko słoni. Widok na tyle powalający, że w mig zapomniałem o zagrożeniu. Było magicznie. Prawie wszyscy na polu powstawali by w ciszy i skupieniu obserwować słonie, które przechodząc spokojnie zajadały gałęzie z drzew. Noc, gwiazdy, środek Afryki, dzika przestrzeń i niezbity dowód na tą dzikość tuż na wyciągnięcie ręki. I ta hipnotyczna cisza. Wszyscy stali jak wryci.
Rano o 6 rozpoczęliśmy zwiedzanie Serengeti. Obserwowaliśmy budzące się słońce i budzące się zwierzęta.  Co chwila namierzaliśmy kolejne a przodowali w tym nasi koledzy z NL i DK. Po ośmiu godzinach na hasło [Luk! haina!] [Luk! lajon] [Luk! elefant] [Luk! czitaa] nikt już nie reagował delikatnie mówiąc….chłopcy nie przestawali jednak zbierać punktów mimo, że ich ospałe kobiety coraz leniwiej sięgały po aparaty. Najciekawszym momentem było zaobserwowanie pary gepardów przechadzających się w wysokiej trawie jakby szykując do polowania. Niedaleko pasło się stado zebr. Przyczailiśmy się na skraju drogi by poobserwować je przez chwilę. Wyglądały dumnie i wzniośle jak szlachetne zwierzęta. Liczyliśmy, że lada chwila ruszą w pościgu. Udało się Godfreyowi ustawić auto na linii ich wędrówki, dzięki czemu przeszły sobie spokojnie pół metra od auta, nie zauważając go jakby wcale. Później podążaliśmy za nimi wzdłuż drogi około 1 godziny. To dało nam przedsmak prawdziwej obserwacji zwierząt jednak na polowanie nie załapaliśmy się. Podobno aby zobaczyć polującego geparda trzeba tak podążać za nim cały dzień albo kilka dni chyba, że ma się farta.

Na ostatnim odcinku zobaczyliśmy tysiące sztuk zwierzyny. W powietrzu unosił sie kurz i słychac było dudnienie kopyt. Po horyzont, teren wypełniony był zebrami i gnu.
Rozpoczynała się wielka migracja, podczas której wielotysięczne stada migrują z terenu kenijskiego parku Masai Mara na południe do Serengeti w poszukiwaniu świeżej trawy do wypasu. Te chodzące kosiarki do trawy mają naprawdę sporo roboty. Aby skosić teren 15 000 km kwadratowych potrzeba 1,5 miliona pysków. 

Opuszczając Serengeti późnym popołudniem wiedziałem już, że warto było je odwiedzić. Że nie jest tylko przereklamowanym hasłem wabiącym rzesze turystów, tylko realną atrakcją, dobrze zorganizowanym miejscem koegzystencji ludzkiej ciekawości i dzikiej natury.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.