Varkala, Kerala, dzień czwarty

Dzień 19 – 10.11.2009

Ostatni dzień w Varkali zaczyna się słonecznie. Wygląda na to, że mamy pogodę w kratkę. Już przy śniadaniu widać jak słońce zmienia ogólną aurę otoczenia. Mimo, że poparzenia słonecznie jeszcze nie przestały doskwierać to po odpowiednim ubraniu się wypożyczeniu parasola lądujemy na plaży. Słoneczny dzień w tym upalnym i wilgotnym klimacie jest trudny do zniesienia, czuje jakby mnie ktoś obkładał gorącą mokrą szmatą. Może i lepiej wyszło z tą pogodą bo mogliśmy trochę odetchnąć. Dziś ocean jeszcze bardziej wzburzony niż wcześniej. Nie odmawiam sobie popływać. Leniwie mija kilka godzin na czytaniu, pływaniu, obieraniu ananasów i obserwacji ludzi dookoła.

Po południu idziemy pobłąkać się po plaży. Dla mnie to kwintesencja pobytu nad morzem, beztroskie szlajanie się wzdłuż brzegu mógłbym przeciągać w nieskończoność. Myśli są wyzwolone i płyną swobodnie, nie ma problemów, nie ma barier. Dochodzimy do Sea Marina Restaurant. Mamy fajny stolik na kolonialnym podeście przy plaży, widok na zachód słońca przypomina nam, że jutro już będziemy gdzie indzie, że zaczyna się droga powrotna i ogarnia nas lekka nostalgia za ulatującą niepostrzeżenie wspaniałą chwilą.

 W drodze powrotnej przy „promenadzie” zaglądamy do sklepiku z muzyką. Siedzimy tam chwilę przesłuchując kilka płyt. W końcu wybieramy Shiva Moon po czym zaglądamy do Kerala Coffe House na wieczorną przesiadówę. Jest tu sporo knajp prowadzonych przez Tajów oraz Nepalczyków z dość zróżnicowana i ciekawą kuchnią. Jedną z nich jest Sea Queen gdzie jedzenie było najlepsze, ceny w miarę ok. i miła obsługa. Tam zaczynaliśmy przygody kulinarne w Varkali. 
Po powrocie do bungalowa opłacamy pobyt w recepcji i zamawiamy rikszę na 6 rano.

Noc okazuje się bardzo dziwna. Jeszcze zanim zamknęliśmy drzwi, jakiś dziwny owad wyglądający jak wielka mrówka – około 20 cm długości – wszedł nam do środka. To do tej pory jedyne bezpośrednie spotkanie z dziwnymi stworzeniami. Potem gdy próbowaliśmy zasnąć nie dało się zmrużyć oka, bo wszystkie owady dżungli, żaby i kruki jakby zmówiły się i hałasują maksymalnie.  Dźwięki są przeraźliwe i wyraziste, mam wrażenie jakbyśmy leżeli w środku lasu nie oddzieleni żadnymi ścianami. Owadzia orkiestra nie odpuszcza ani na chwilę. Wtóruje jej żabi duet. W środku nocy chyba wszystkie okoliczne kruki zebrały się na palmach wokół naszej chatki i kraczą ile sił w dziobach. Zaczynam w głowie snuć plany wyjścia i rozpędzenia stada kamieniami. Jest ‘creepy’ i dobrze, że ta noc jest krótka bo wstajemy o 5.30. Coś dziwnego wisi w powietrzu, jakby coś na stąd wypędzało, jakby siły natury sprzęgły się aby coś powiedzieć. Skołowani po nieprzespanej nocy z dziwnymi myślami, chcemy już jechać, wyrzucić co niepotrzebne, zostawić to za sobą i jechać dalej.

———————————————————————————–

Konkrety :
– CD z muzyką – 300 INR
– parasol plażowy na cały dzień – 150 INR

Następny dzień >>

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.