Varkala, Kerala, dzień trzeci

Dzień 18 – 09.11.2009

Nie wiedziałem, że przez chmury można się tak strzaskać, podobnie jak nie wiedziałem, że na wilgotnych kartkach przerywa długopis. Skóra nadal piecze, deszcz nadal leje, a spacery w kałużach jakoś mnie nie kręcą. Po śniadaniu w Kerala Coffe House nadrabiam zaległości w notatkach i doganiam teraźniejszość. Taki dzień też się przydaje. Choć kołaczą mi się myśli o wyjeździe to jednak nie wyobrażam sobie plecaka na moich spalonych ramionach. Varkala nie pokazała nam się jako rajska plaża mimo, że niektóre widoki są iście pocztówkowe. Tak jak bungalowy nie są bambusa tylko mają betonowe ściany obłożone zaimpregnowanym bambusem.

Z ciekawostek, wczoraj usłyszałem od babeczki w sklepiku, że „Poland is a small country because there is not many people from Poland here”, ciekawy jestem czy to samo sądzi o Rosji czy Chinach, skąd przyjezdnych jest tu jeszcze mniej.
Zastanawiam się nad tym co czytałem wcześniej zanim tu dotarłem, mianowicie o „hippisowskich” niekomercyjnych klimatach i ile w tym prawdy. Fakt, kupisz tu t-shirt z hendrixem i dilerka kwitnie nawet w sklepach spożywczych o czym przekonasz się jeśli tylko zakupisz zapalniczkę, ale to na tyle. W normalnych  warunkach hipisowska wioska w Indiach musi być odizolowana lub strzeżona bo inaczej stanie się Mielnem w ciągu kilku lat. Pewnie dlatego wszystkie ashramy  mieszczą się za wysokimi murami, gdzie nie wejdzie byle handlarz z bębenkami. Ale co z tego. Może w takim odizolowaniu niektórzy potrafią doznać „duchowej odnowy”, po którą co roku już ente pokolenie dzieci kwiatów wali na subkontynent. Mnie jednak do jakości takiej duchowej odnowy- Made in India- najbardziej „przekonuje” dzienny karnet za 150 INR od osoby, bez którego dostaniesz kopa za drzwi ashramu.  Ot, filozofia Mahatmy Ghandiego przegrywa z mającym się tu w najlepsze kapitalizmem.

Popołudnie leniwie przepływa między bungalowem a „promenadą” , gdzie życie Varkali kwitnie. Próba przejścia do domku inna drogą niż jedyna znana, zawsze kończy się pobłądzeniem. Domy nie maja tu ściśle wyznaczonej posesji, poza tym nie ma tu wytyczonych i wybrukowanych chodników i często trzeba przejść komuś pod oknem. To jest tu normalne i wbrew naszym zwyczajom, a poszukiwanie szerszej ścieżki dojścia np. do plaży można przepłacić błądzeniem. Trzeba po prostu iść jak na przełaj i niczym się nie przejmować. Konstrukcja wsi hinduskiej jest równie nieokreślona jak w miastach, co dostrzegamy podczas popołudniowego spaceru do miasteczka. Wybieramy się 4 kilometry na pieszo do Varkala Town, gdzie można znaleźć bankomat, supermarket i stragany ze świeżymi owocami – dużo tańszymi od tych sprzedawanych na plaży.
Przechodzimy przez wioskę uświadamiając sobie dopiero teraz, że jesteśmy na hinduskiej wsi. Trochę widać tu upadek jak w popegeerowskiej wsi w rajskim otoczeniu. Mijamy człowiek, który na szarych ogrodzeniach  domów ręcznie maluje jaskrawe reklamy piwa Kingfisher. Ogromny napis na czerwonym tle z rysunkiem zimorodka i malutkim napisem w poprzek „Boutled mineral water”. No fakt, woda Kingfisher też istnieje. Nie mam jednak złudzeń, że to hinduski odpowiednik „Łódki Bols”…
Dochodzimy do miasta gdzie łapie nas znowu deszcz, więc chronimy się w supermarkecie gdzie robimy zakupy przypraw, tym razem w bardziej użytkowej formie w przeciwieństwie do tych z Munnar,  nadających się bardziej na pamiątki lub prezenty. Na targu kupujemy świeże ananasy i wracamy rikszą.
Na górnym podeście w Kerala Coffee House zasiadamy z widoczkiem na ocean i miłą kolacją kończymy wieczór.

———————————————————————————————

Konkrety:

– ananas – 20 INR na targu, 70 INR na plaży
– kadzidełka – 2 INR
– riksza z Varkala Town do Varkala Beach – 60 INR
– T– Shift męski: 110 INR/szt ( po targach przy zakupie 3)

Następny dzień >>

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.