Villahermosa. Panchito z Chiapa de Corzo.

Rano w Villahermosie odwiedziliśmy znany park La Venta, gdzie znajdują się kamienne rzeźby Olmeckie w tym gigantyczne głowy wykute w kamieniu. Rzeźby powstały w okresie 1900-400 pne. Ustawione są przyjemnym parku gdzie oprócz tego znajduje się mini zoo. Więc zarówno my jak o Franek mieliśmy coś ciekawego dla siebie. Dla niego największą atrakcją parku były małpy:)
 

 

Resztę dnia przemieszczaliśmy się w kierunku stanu Chiapas do Chiapa de Corzo. Była to całkiem ciekawa wycieczka. Nadal do przejechania mieliśmy spory kawałek Tabasco. Dziwne to miejsce, momentami brudne zakurzone i rozpalone w słońcu i ogniu buchającym z szybów wiertniczych, gdzie indziej bujnie zielone. farmerskie ze stadami krów na zielonych pagórkowatych pastwiskach. Na drogach dominują tu wielkie amerykańskie pickupy, w których zasiadają faceci w kapeluszach. Taki trochę meksykański Teksas. 
 
Wybraliśmy się drogą przez Cardena skąd dalej na południe do Tuxtli Gutierrez. Zbliżając sie do granicy Chiapas krajobraz za oknem piękniał z każdym kilometrem aż wjechaliśmy do niewyobrażalnie bajkowej krainy. 

Wokoło rozciągały się obłe lecz strome góry porośnięte równiutko trawką wystrzyżoną krowim pyskiem. Pola ładnie ogrodzone i uzupełnione konarami drzew przyciętymi niczym wierzby w Żelazowej Woli. Do tego wysokie bujne palmy i gęste bananowce. Wszystko skąpane w słońcu przy niebieskim bezchmurnym niebie z ogromnymi szczytami o nieregularnych kształtach w tle. Meksyk? Jaki Meksyk? Tylko na drodze było coś nie tak. Gdy zaczęły sie góry i serpentyny, zaczęły sie ogromne dziury a niekiedy wyrwy i osuwiska. Drzewa rzucały cień na jezdnię wiec bardzo łatwo było wjechać do głebokiej dziury co kilka razy z resztą uczyniłem. Dwa razy mijaliśmy urwaną drogę na naszym pasie bez jakichkolwiek znaków i ostrzeżeń. Zagapienie się można zakończyć u podnóża skarpy. Oczywiście widoki dookoła nie pomagały skupić sie na drodze. A że nie ma tam pobocza a ruch niemały trudno było się też zatrzymać by ująć to co opisuję na zdjęciach:(

Droga na szczęście zeszła w końcu z gór i spotkała się remontowaną autostradą. Liczne postoje z ruchem wahadłowym spowolniły nas dodatkowo. Przecinalismy następnie wielkie rozlewisko nad Punta Chiapas gdzie znów widoki nas powaliły.  Dopiero wraz z  płatnym odcinkiem  autostrady, na której pan na bramce chciał nas ewidentne naciąć na wydawanej reszcie zaczęliśmy jechać normalnie i szybko dotarliśmy do Tuxtli. Stolica stanu Chiapas malowniczo położona w dolinie nie miała nic z chaotycznej Viillahermosy. Wydała się przyjaznym, dużym miastem bardzo przypominającym miasta w Arizonie w USA. 
Stąd już tylko krok do celu podróży. Przejeżdżając nad rzeką za miastem mignął nam kanion Sumidero, do którego jutro się wybieramy. 
 
Dotarliśmy do Chiapa de Corzo o zachodzie. Bardzo przyjemna spokojna mieścinka o ogromnym przestronnym rynku otoczonym biało czerwonymi niskimi budynkami z kolonialnymi kolumnami. Od razu poczuliśmy sie jak w domu a Franek wybiegał sie na placu do późnego wieczora. Tutejsi ludzie jeszcze milsi niż w poprzednich miejscach cały czas uśmiechnieci zaczepiali nas zagadywali i bawili się z naszym małym Panchito – bo jak się dowiedziismy to potoczny skrót na każdego małego Francisco w Meksyku:) 
 
 

2 komentarze

  • wybieramy sie samochodem i czytam z uwaga, wyglada na to ze trasa 187 jest taka zla, myslisz ze warto jechac naokolo 145D?

  • RD

    Myśle ze naokoło bedzie szybciej i normalnie bez dziur wielkości lejów po bombach

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.