Z Delhi do Agry

Dzień 2 – 24.10.2009

No nie pospaliśmy, natomiast ciekawość tego co się będzie działo za oknem i tak jest większa niż moja potrzeba snu. Na śniadanie wybieramy się na dach naszego hotelu gdzie zjadamy stara tradycją po banana pancake. Ceny wydaja się wyższe niż się spodziewaliśmy ale tłumaczymy to sobie faktem że to stolica. Z dachu widać cały kocioł bazarowy i kawałek Delhi Skyline. Misz masz niesamowity, jest tu wszystkiego po trochę, najmniej jest jednak porządku i czystości. Istny chaos w nieskalanej formie. Klaksony nie przestaję trąbić, idzie procesja weselna, bębny, trąbki, śpiewy dobywają się spomiędzy gwaru miasta, dosłownie słychać handel. Para weselna idzie z przodu, za nimi kobiety z garnkami na głowach w kolorowych sari. Zatrzymują się by dać obsypać swoje głowy płatkami kwiatów po czym ruszają dalej.

Gdy zapuszczę żurawia swoim zoomem w aparacie widzę budowlańców siedzących w ich charakterystyczne hinduskie kucki ( cała powierzchnia stóp przylega do podłogi) i czekających chyba tylko na kolejne wcielenie w lepszej wersji. Zapach w dzień jest inny; to dusząca mieszanina przypraw, smogu, krowiego łajna, zgniłych jaj i kadzideł. Dominującą nutą jest niestety odór zgniłych jaj, który w Indiach czuć częściej niż curry a pochodzi wprost z kanalizacji. Powietrze jest lekko zamglone, choć nieliczne promienie słońca przebijają się.

Wychodzimy na miasto. Tłok i chaos to pierwsze wrażenie. Zaczepiają nas handlarze, rikszarze i zwykli przechodni, których prawdziwe intencje na pewno nie są nam znane. Maja tu codzienną dostawę świeżych białasów, których robią w balona w najróżniejsze wymyślne sposoby. Chcąc iść na dworzec trafiliśmy do jakiegoś miejsca przy dworcu gdzie widniał wielki napis Reservation Centre natomiast w środku nie było nic co przypominało by kasy biletowe czy punkt informacyjny, była tez wielka tablica z napisami po hindusku. Robi się ciekawie. Po drodze kilku gości pokazywało nam drogę, my nieufnie uchodziliśmy na bok, jednak i tak nie trafiliśmy tam gdzie od początku zmierzaliśmy – czyli na 1 piętro w głównym holu dworca. Rozmawialiśmy po drodze z wieloma ludźmi. Każdy mówił co innego. Jedni chcieli nas prowadzić do agencji, inni tłumaczyli jak i gdzie najłatwiej kupić bilet do Agry. Ni stąd ni zowąd trafiliśmy do jakiejś małej agencyjki na Connaught Place block N z zamiarem kupna biletów na pociąg do Agry.  Zaczęliśmy od miłej pogawędki z gościem mówiącym dobrze po angielski i wyglądającym na dość zorientowanego w temacie. Facet zaczął z górnego pułapu próbując nam wcisnąć kierowcę na całą trasę po Rajasthanie. Szybko wytłumaczyliśmy mu, że my nie z tych co wożą tyłki po 4 gwiazdkowych hotelach, samochodami z prywatnym szoferem. Kombinacji padło wiele, każda o 100% za droga. Zaczął nas przekonywać, że bilety na pociąg trzeba kupować z wyprzedzeniem i tylko zakup biletów wcześniej pozwoli nam spokojnie dotrzeć na samolot w Bombaju 3 listopada. Fakt, ten argument był niezły. Ale nie zmienia to faktu, że po cos innego tam przyszliśmy. Chwilę potem dowiedzieliśmy się, że nie ma już miejsc na pociąg do Agry tego dnia. Było ok. 14. Każdy dzień opóźnienia drastycznie zmieniał nam trasę więc mieliśmy niezłe ciśnienie na wyjazd z Delhi jak najszybciej. Zgodziliśmy się więc po długich negocjacjach za 200 USD od osoby za opcję szofera z autem na trasie Delhi – Agra – Jaipur oraz pakiet biletów pociąg + autobus do samego Bombaju; wszystko zsynchronizowane na dotarcie na czas na samolot 3.11. Wydatek dość i nieprzewidziany ale gwarantujący nam spokojną podróż przez najgęściejsze turystycznie oblegane trasy Rajasthanu. W głowie kołatały mi niespokojne myśli, że za szybko się zgodziliśmy nie sprawdzając i nie porównując samemu innych opcji.
Natłok wrażeń i syndrom dnia pierwszego najwyraźniej zabrał nam trochę jasności rozumu. Wała wielkiego nie było, natomiast nie wspominam tego zakupu jako dealu życia i na pewno bym tego nie powtórzył bo przepłaciliśmy trochę. Był to też swoisty zimny prysznic i lekcja pokory, że i nas da się naciągnąć w odpowiednich warunkach. Mając przed sobą 3 tygodnie w Indiach to dobra nauczka i myślę, że jak nie tu to w innym miejscu dalibyśmy się nieco naciąć.  Whatever….

Rajan- nasz kierowca na najbliższe 4 dni podjechał pod agencję w kilka minut. Ubrany w szary mundurek otworzył nam uprzejmie drzwi od swojego białego Taty – indyjskiej wersji fiata punto. Ruszyliśmy do hotelu. Paharganj  w środku dnia był nieprzejezdny, więc wysiedliśmy tuż przy wlocie tej ulicy i poszliśmy pieszo po bagaże. Pożegnaliśmy Delhi w pośpiechu. Liczyło się dotarcie do Agry tego dnia. Jeśli mielibyśmy poślizg już na starcie, reszta trasy byłaby  pod znakiem zapytania. Przez mega zakorkowane ulice Delhi przebijalismy się ponad 2 godziny. Z obiecanych 4 h drogi zrobiło się 6. Mijaliśmy po drodze teren industrialny zabudowany licznymi fabrykami, wzdłuż autostrady wylotowej ciągnęła się budowa linii metra. Rejon między Delhi a Agrą jest gęsto zabudowany, praktycznie nie widać tu przerwy między miastami, zero lasu, sprawia wrażenie jednego spójnego obszaru miejskiego gdzie zabudowania nie mają końca. Stało się dla mnie jasne jak ten miliard ludzi mieści się w tym kraju. Szybko zrobiło się ciemno, różowe słonce za zasłona dymną oparów aut zniknęło błyskawicznie za horyzontem. Nad autostradą unosiła się chmura smogu widziana wyraźnie przy światłach aut jadących z naprzeciwka. Dym i hałas klaksonów dawał się nam we znaki podczas całej drogi, suszyło w gardle i bolała głowa. Co chwilę budowa, korek, rowerzyści i riksze na autostradzie nie pozwalały się rozpędzić więcej niż 80 km/h. Dodatkowo Rajan prowadził bardzo ostrożnie, tak że miałem wątpliwości w jego hinduskie pochodzenie. W końcu dojechaliśmy do Agry – miasta mającego złą sławę, w którym poza Taj Mahalem podobno nic ciekawego nie ma. Jadąc brudnymi ulicami Agry nagle Rajan wskazał nam głęboką czerń rozpościerającą się po jego lewej stronie mówiąc ‘this is taj mahal’…Hindusi wychwalający wszędzie swoją kulturę zapomnieli podświetlić swój główny turystyczny hit. Nie mieliśmy pojęcia gdzie nocować w Agrze więc zdaliśmy się na własne oczy i Rajana, który próbował nas ulokować w jakimś drogim i beznadziejnym hotelu dla hinduskiej klasy średniej. Jest podjazd jak pod rezydencję Caringtonów i portier w meloniku ale szyby na drzwiach wejściowych usmarowane jakby ktoś próbował je myć kostką smalcu. No i oczywiście cena 1200 INR. Dziękujemy do widzenia. Taki standard przeważał w Agrze, gdyż miasto jest nastawione głównie na miejscowych turystów, którzy są ślepi na detale a wyczuleni na badziewie imitacje luksusu. Że nic po drodze nie znaleźliśmy co by wyglądało normalnie, zajechaliśmy do hotelu Gopal z polecenia Rajana i tam zostaliśmy.  Typowy hotel dla hindusów. Moje negocjacje z portierem były na tyle agresywne że facet wziął sobie chyba za punkt honoru nie zejść poniżej 500 INR. Więc zostaliśmy bo było późno. Dzień mnie zirytował dość skutecznie, a okoliczności w Agrze nie napawały optymizmem. Nie było czuć podróży i żadnej ekscytacji, tylko surowy klimat jak w domu pielgrzyma w Częstochowie. Z uchylonych drzwi wypatrywały na korytarz ciekawskie białe ślipia osadzone na czarnych twarzach. Nastrój umocniła jeszcze wizyta w restauracji, gdzie wśród lepiących się cerat i plastikowych gerberów siedziała jedna rodzina hinduska łypiąc na nas wzrokiem jak na kosmitów. Smutna mina kelnera nie pomogła mu w zatrzymaniu nas i poszliśmy do restauracji obok. Niewiele lepszej jak się szybko okazało było to jednak ostatnia okazją na zjedzenie czegokolwiek tego wieczoru. Kelner w białej koszuli z muchą pod szyją i nienagannymi manierami podał tłuste menu i na dziurawym obrusie postawił butelkę pepsi, od której można było sobie pobrudzić ręce. Nie chciało mi się nawet robić zdjęć od momentu wyjazdu z Delhi. Nocleg był trudny, upał i kac moralny nie dawał zasnąć. Klimatyzacji nie było a wiatrak niemal urywał głowę podmuchem na najwolniejszych obrotach. Pokój tym razem był bez okna ale i tak nie dało się spać. Doświadczyliśmy co znaczy hotel dla hindusów. Obudził nas zwierzyniec odgłosów bachorów, porannych chrząknięć, charknięć i spluwania. Wariactwo w czystej postaci. Podczas bezsennego wpatrywania się w sufit postanowiłem wziąć wreszcie sprawy we własne ręce i inaczej rozpocząć kolejny dzień.
———————————————————————————————————–

Konkrety:

Nocleg Agra, Hotel Gopal – 500 INR za pokój
Pakiet za 200 USD/os:
– Delhi – Agra – Jaipur, przejazd samochodem z własnym kierowcą,  
– Jaipur – Jodphur – pociąg
– Jodhpur – Udaipur – autobus prywatny
– Udaipur – Mumbaj – pociąg

Następny dzien >>

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.