W hotelu Pakachi załatwiliśmy shared taxi do Stone Town i znów lenistwo wygrało z naszym planem pojechania autostopem lub dalla- dalla. Tym razem udało się jednak przyciąć na kosztach i podzielić je z parką francuzów, którzy całą drogę opowiadali nam swoje przeżycia z trekingu na Kilimandżaro. Najciekawsze z tej opowieści było to, że nie pamiętali pobytu na szczycie gdyż mocne objawy choroby wysokościowej objawiły się u nich częściową amnezją. Po drodze zastał nas pierwszy równikowy deszcz.
Do Stone Town wjeżdżaliśmy już po ulewie i klimat miasta od razu mnie ujął. Klimatyczny raj wąskich uliczek, sklepików, knajp, kościołów, meczetów, targowisk i innych miejsc, wśród których chce się zabłądzić na wiele godzin. Doskonałe miejsce do zakupu drobiazgów i pamiątek z podróży; lepszego później na trasie już nie spotkaliśmy. Stone Town ukazało prawdziwe oblicze Zanzibaru jako tygla kulturowego z wpływami afrykańskimi, arabskimi, hinduskimi, portugalskimi i angielskimi o bogatej historii. Zanzibar naznaczony tragiczną historią handlu niewolnikami do dziś pozostawił jedynie kilka zabytków po tamtych czasach a w słonecznych uliczkach próżno szukać czego innego niż fajnych ujęć dla aparatu i ciekawych impresji wielozmysłowych. Mieszkańcy zachowują się podobno wyniośle w stosunku do mieszkańców kontynentalnej Tanzanii, podkreślają swoją integralność i kulturową łączność z półwyspem arabskim a szczególnie z Omanem, którego wpływy były bardzo silne na Zanzibarze szczególnie w XIX wieku. To wersja niejakiej Jenny- przedstawicielki najstarszego zawodu świata, która ostatniego wieczora przy drinku opowiedziała kilka ciekawych niuansów z życia Zanzibaru.
Stone Town spokojnie mogę dopisać do mojej listy miast ulubionych miast z wąskimi uliczkami, dużą liczbą tanich hoteli, knajp i ciekawych sklepików. Na liście tej znajdują się inne miasta o podobnych charakterze, które gorąco zawsze polecam:
– Essauira i Fez w Maroku
– Luang Prabang w Laosie
– Jodphur w Indiach
– Harar w Etiopii
Odhaczyliśmy w pierwszy dzień wiele miejsc zaznaczonych w przewodniku ale tylko po to by nie krążyć w kółko i zajrzeć w każdy rejon starego miasta. Sam klimat panujący wśród ulic bardziej do mnie przemawiał niż efektowność zabytków. Wieczorem warto przejść się po plaży, na której zbierają się miejscowi i grają w piłkę nożną przy zachodzącym słońcu. Właściwie nie ma miejsca na plaży, które nie byłoby zagospodarowane jako boisko. Tuż po zmroku należy koniecznie zajrzeć na Forodhani Garden i spróbować smażonych owoców morza sprzedawanych na licznych stoiskach – garkuchniach. Tu trzeba się targować, gdyż ceny wyjściowe potrafią zbić z tropu. Szeroki wybór znanych i nieznanych przysmaków zachęca do eksperymentowania czemu oddaliśmy się wydając w sumie nie mniej niż w restauracji.
Wieczorem zajrzeliśmy do clubu Mercury’s, którego nazwa pochodzi od Freddiego Mercurego urodzonego właśnie na Zanzibarze. Kapela na żywo grała covery Boba Marleya. I gdy w nocy obudził mnie muezin z pobliskiego meczetu jego majestatyczny śpiew zmieszał mi się z wybrzmiewającym w głowie „No women no cry”. Na tej muzułmańskiej wyspie gdzie co krok widać barwy Jamajki i rastamanów obok kompletnie zakrytych kobiet – ninja trudno o znalezienie wspólnego mianownika. Ale taki właśnie jest Zanzibar. Niezdefionowany.
Pyramid hotel, w którym nocowaliśmy pomógł nam zagospodarować kolejny dzień pobytu w Stone Town. Choć spodziewaliśmy się, że będzie to tzw. tourist trap to jednak Spice Tour był dość niedrogą alternatywą by zwiedzić kawałek wyspy. Ludzi zebrało się jak na wycieczce szkolenej ok. 30 osób na 2 busy. Wywieziono nas ok. 3 km za miasto gdzie znajdowała się jedna z tysięcy plantacji przypraw. Już w 15 minut po odwiedzeniu tego miejsca nie pamiętałem żadnej nowej nazwy roślin, które nam pokazywano. Jednak samo przebywanie w dżungli i doświadczenie kolejnego deszczu równikowego w tej scenerii było ciekawe.
Poznaliśmy trochę ludzi z różnych stron świata m.in. Sama, który zaprosił nas do siebie do Dar es Salaam, zjedliśmy wspólny lunch będący elementem wycieczki, po czym odwiedziliśmy Slave Cavern na północno – zachodnim wybrzeżu– jaskinię, w której w ukryciu przetrzymywano niewolników już po zniesieniu niewolnictwa. Na koniec mieliśmy chwilę na kąpiel na kolejnej plaży, ale aura nie sprzyjała i zawinęliśmy się stamtąd dość szybko. Resztę dnia wypełniło włóczenie się po Stone Town, odwiedziny targu rybnego i kościoła ewangelickiego i kolacja w doskonałej i taniej restauracji Archipelago.
Nieopodal w ogrodach Forodhani Garden tuż po zmroku zebrało się tysiące ludzi odświętnie ubranych. Okazało się, że tego dnia wypadało święto muzułmańskie Eid al-Fitr i wszyscy wylegli na ulicę. Takiego uderzenia kolorów, różnorodnych twarzy, zachowań, ubrań i ras w jednym miejscu już dawno nie doświadczyłem. W myśl zasady, że najciekawszych scen nie zarejestrujesz aparatem odpuściłem sobie próby zatrzymania tych scen w kadrze, tym bardziej że było już ciemno a tłum przebywał w nieustannym ruchu. Wrażenia jednak pozostały. By odetchnąć od tłumu wylądowaliśmy w klubie Livingstone przy plaży gdzie właśnie zaczynała się gorąca afrykańska impreza, którą pożegnaliśmy Zanzibar przed dalszą częścią podróży po kontynentalnej części Tanzanii.
Fakty:
– shered taxi z Jambiani do Stone Town – 15 000 Tsh (ok. 8 USD/os)
– nocleg w Pyramid Hotel – 35 USD za pokój 2 os z łazienką bez klimy
– obiad w restauracji Livingstone – 25 000 Tsh
– obiad w restauracji Archgipelago – 18 000 Tsh
– t- shirt – 18 000 Tsh
– wycieczka Spice Tour – 15 USD/os
– wstęp do katedry – 3000 Tsh
1000 Tsh = 0,6 USD













