Pojechaliśmy na koniec półwyspu spodziewając się, że na końcu drogi będzie słynny Przylądek Dobrej Nadziei. Po przejechaniu bramy z opłatą 125 Randów od osoby jechaliśmy cały czas prosto. Ale tam był Cape Point a do Przylądka Dobrej Nadziei trzeba skręcić w pewnym momencie w prawo. Znaki są ale nisko zawieszone i słabo je widać.
Cape Point jest ciekawszy.
Jest tam latarnia morska i krótki trek pod górkę. Zabraliśmy wózek dla Franka bo droga wydawała się płaska ale w górnej części było parę schodków wiec lepiej było zabrać nosidełko. Jest tez kolejka linowa dla wygodnych.
Widoki są super. Tu mieszają się ciepły prąd zatokowy z zimnym atlantyckim. Zawirowania pogodowe są przez to spore. Wchodziliśmy pod górę w pełnym słońcu i upale a schodziliśmy juz w deszczu. Na szczycie pod latarnią widok był fajny ale nie powalający. Wydaje się ze lepiej wybrać się dalej na klify niż na latarnie gdzie stadko turystek z państwa środka robi sobie selfie z drogowskazem – ile km do Pekinu.
Wracając zajechaliśmy na Przylądek Dobrej Nadziei gdzie w zasadzie nie ma nic oprócz znaku.
Dalej przy wyjezdzie z parku zatrzymalismy się jeszcze w Information Center aby zakupić Wild Card- kartę upoważniającą do nieograniczonych wstępów do parków narodowych zarządzanych przez SANParks. Szczegóły na temat Wild Card będą w kolejnym poście.
Następnym punktem dnia były pingwiny w Boulders obiecane Frankowi juz dawno jako główny punkt wizyty w RPA. Dojechaliśmy tam bardzo szybko i pingwiny było juz widać na parkingu. Po wejściu na plaże było ich juz znacznie wiecej. Mieliśmy szczęście i byliśmy tam zupełnie sami a Franek miał dużo czasu na zabawę z pingwinami 🙂
Pingwiny z takiego bliska ?? Edek padł by z wrażenia. Wymyślił sobie Madagaskar, może wspólna podróż w tym kierunku ???
Pingwiny były niesamowite. A na Madagarskar oczywiście się piszemy nawet jeśli nie ma tam ani dróg ani pingwinów:)