Jeden dzień w Cape Town

Przyszedł dzień na zwiedzanie Cape Town. Już na starcie wiem, że jeden dzień to tyle co nic na zwiedzenie tego miasta. Zaczynamy od przejazdu trasą Chapman Peak Drive od południa.  Widoki są niesamowite. Sama droga momentami wykuta w skale wije się kilka kilometrów nad atlantycką zatoką. Zza kolejnych zakrętów wyłaniają się coraz to kolejne zwalające z nóg pejzaże. Jest dużo zatoczek pozwalających na zatrzymanie auta i porobienie zdjęć. Przejazd kosztuje 40 randów od auta.

 

 

Chwilę dalej dojeżdżamy do Camps Bay. Wyłania się tu luksus w pełnej okazałości. Setki a moze tysiące luksusowych willi pobudowanych na zboczu gór eksponują swe wielkie okna i tarasy wprost na ocean.  Ludzie którzy tu mieszkają mają widok na ocean a jednocześnie wysokie góry, które są na wyciągnięcie ręki niczym w dolinie pięciu stawów w Tatrach. I wcale nie są niższe. Pionowe skały jak a amerykańskim Utah schodzą tu wprost do oceanu. W dolinach porastają gęste lasy, wśród których poutykane są ekskluzywne chaty a gdzieniegdzie dalej nędzne townshipy slumsów. Skrajne bogactwo i skrajna bieda występują tu dość blisko siebie. Ale nigdy nie graniczą ze sobą wprost.
Krętą drogą dojeżdżamy do dolnej stacji kolejki linowej na Table mountain. Wjazd kosztuje nas w sumie 380 R, posiadając Wild Card mamy 20% zniżki od regularnej ceny 240 R/os. Nie ma dużo osób i za chwilę siedzimy w wagoniku, który się obraca podczas jazdy by móc oglądać widoki z każdej strony. Dzięki temu nie trzeba „bić się” o lepsze miejsce.
Na górze jest tylko trochę chłodniej. Akurat wjechaliśmy w chmurę ale za moment przechodzi i pełny widok odsłania się. Zarówno od strony miasta jak i od południowej zatoki jest zniewalający. Na szczycie można trochę pospacerować wytyczonymi ścieżkami. Duża pętla wokół szczytu zajmie ok. godziny. Nam udało się zrobić tylko małą pętle, gdyż stale obsiadały nas małe muszki co niezwykle wkurzało Franka. Na szczycie jest sporo turystów ale im dalej tym mniej.

 

Po zajechaniu na dół utknęliśmy w mega korku w drodze na wybrzeże portowe VA Waterfront. Akurat była godzina szczytu wiec bocznymi uliczkami kombinując udało nam sie uwolnić. Przy Waterfront można zaparkować w jednym z licznych garaży podziemnych skąd w kilka minut znajdziemy się na głównym deptaku nadbrzeża w Cape Town. Panuje tu komercyjna atmosfera. Restauracje z widokiem na marinę, wielkie centrum handlowe w środku, sklepy z pamiątkami, diabelski młyn i grający muzycy. Wykorzystaliśmy ten niedzielny festyn na obiad i pobiegliśmy z Frankem po genialnym placu zabaw, z którego nie chciał zejść.

 

 

 

Bardzo przyjemnie wracało się do domu wzdłuż wybrzeża. Ponownie wybraliśmy się trasą Chapmans Peak. Przy zachodzącym słońcu glamour tego miejsca było widać jeszcze bardziej. Przemykały sportowe kabriolety, ludzie zasiadali w restauracjach do wieczornych ostryg. Mieniło się białe wino w schłodzonych kieliszkach a zachodzące słońce odbijało czerwień  w taflach wielkich szyb spoglądających na ocean. 

 

 

 

1 komentarz

  • Oglądamy właśnie zdjęcia i Ed mówi "jak ten Franek urósł" ? Pozdrowienia dla Was 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.