W drodze na South Coast

Co dobre szybko sie kończy. Już w minutę po opuszczeniu Morgans Bay żałowaliśmy, ze nie zostaliśmy dłużej. Ale trasę mamy tak ułożoną, by trafić do Centralnego Drakensbergu a w tym celu musimy sie kierować dalej ma wschód i zatrzymać się jeszcze nad morzem juz bliżej Durbanu.

Tego dnia zawiedliśmy się na Airbnb. Trzy  prośby o rezerwację zostały odrzucone przez właścicieli gdyż mieli full. To pokazuje, że z aktualizacją ofert bywa słabo i warto rezerwować wcześniej i nie napalać się. Poświeciliśmy kilka godzin na szukanie i wszystko na nic. Jednak podróżowanie bez rezerwacji wcale nie zabiera wiecej czasu. Jedziemy zatem w ciemno. 
Ruszyliśmy późno bo właściciel Arkanvas zabrał nas jeszcze na piękne klify, które joglądaliśmy z okna podczas pobytu. Nie mogliśmy odmówić.
Przy okazji nawiązała się ciekawa konwersacja. Widok z klifu był niesamowity, ocean wręcz zawijał się za nami. Pan właściciel starszy czlowiek posiadał tu ‚małą farmę 200 hektarów’-cytuję. To podobno nie tak wiele na południowo afrykańskie warunki. W każdym razie miło się nam gawędzilo o historii i obecnej sytuacji w RPA. Wspomniał, że stara się o niemieckie obywatelstwo na podstawie pochodzenia pradziadków bo sam nie wie dokąd zmierza ich kraj.  Sytuacja zdaje się napięta, korupcja zżera wszystko a czarni domagają sie coraz więcej i głoszą coraz bardziej radykalne poglądy. 
Trudno im się jednak dziwić gdy spojrzeć na polaryzację dochodową i udziały w posiadaniu ziemi, która w 80% należy do białych stanowiących 20% ludności. W knajpach i hotelach goście to przeważnie (90% z moich obserwacji) biali a obsługa zawsze i bez wyjątku to tylko czarni. 
Droga na South Coast to ok 520 km i ma nam zabrać 6,5 h. To najdłuższa trasa jak do tej pory i najtrudniejsza. Ciągłe zakręty i podjazdy, tir za tirem i kierowcy wyprzedzający na trzeciego. Wymaga stalowych nerwów ale rekompensuje pięknymi widokami. Jest tu zupełnie inaczej. Ogromne rozległe przestrzenie rozpościerają się na setki km jak okiem siegnąć. Im dalej tym góry wyższe. Wszędzie rozsiane po wzgórzach domki rolniczego ludu Khosa. To tu urodził się i wychował Nelson Mandela. Przejeżdżamy przez Qoru gdzie odwiedzamy muzeum jemu poświęcone. Dobre miejsce na przerwę w trasie. 

Zbliżając się do Kokstad, już w stanie Kwa Zulu Natal, widoki są już rozbrajające ale nasze nerwy coraz większe.  Kierujemy się do Port Shepstone wiedząc, że trasy nie uda nam się nadrobić i czeka nas szukanie hotelu po zmroku.

Znaleźliśmy pierwszy lepszy lodge w Margete u sympatycznej włoskiej rodziny.  Jestesmy nieco porażeni kontrastem zakwaterowania w porównaniu do poprzedniego ale zadowoleni że w środku sezonu i w środku weekendu w popularnym turystycznie miejscu cokolwiek udało się znaleźć. 

Nad ranem po bardzo miłej pogawędce z właścicielką opuszczamy Positano Lodge  i jedziemy dalej szukać czegoś na dwie noce. 
Okolica jest nie w naszym stylu. Taka Łeba czy Mielno tylko, że w RPA. Zupełnie nie to samo co Wild Coast. Ale nic to. Odnajdujemy się dopiero w okolicach Soutbroom przy pięknej Marina Beach. Tu jest spokojniej. Plaża czyściutka i morze wreszcie ciepłe. Franek bedzie miał przez chwile ‚normalne’ dziecięce wczasy 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.