Trekking Mount Kenya: dzień 3
Nastała noc, ale nie nadszedł sen. Zamiast niego nadeszła wichura z opadami deszczu i śniegu. Schronisko pośrodku górskiej doliny targane wiatrami skrzypiało i trzeszczało. Kolejne uderzenia fal opadów o drewniane ściany uświadamiało, że nie będzie łatwo wspinac się nocą w tych warunkach. W końcu nadeszła godzina 2.00 i pojawił się Joseph. Uznaliśmy, że czekamy do 4 rano. Jednak o 4 pogoda się nie zmieniła. Szanse na wejście na szczyt malały odwrotnie proporcjonalnie do mojej frustracji wywołanej bezsennością, bólem głowy i popapranymi myślami które nie dawały spokoju. Byłem gotów w każdej chwili wyruszyć nawet w środku wichury i ulewy aby tylko przerwać ten bezruch i marazm.
O 7 rano stało się to możliwe. Pogoda się uspokoiła, wstaliśmy i po szybkim śniadaniu wystartowaliśmy na szczyt. Słońce już wstało więc szliśmy żwawym tempem prosto pod górę. Szczyt mieliśmy osiągnąć po 3 h. Droga była stroma, już po 20 minutach podejścia od schroniska skończyła się roślinność a po kolejnych 20 minutach zaczął się śnieg gęstniejący wraz z wysokością. Pod mokrym śniegiem znajdowały się drobne kamienie utrudniające przyczepność a słońce odbijało się od białych połaci śniegu i lodu. Szczyt wydawał się na wyciagnięcie ręki ale to było tylko wrażenie.
Gdzieś po drodze przecięliśmy równik w niewiadomym miejscu. Symbolika pomogła zająć głowę zniecierpliwioną i wyczekującą kresu wspinaczki. W ostatnich partiach do wchodzenia potrzebne były już ręce. Odcinek tego dnia przypominał wejście na tatrzański Zawrat z tym, że panowały warunki zimowe i nie było łańcuchów, które na kilku ostatnich metrach mogłyby dodać pewności naszym krokom. W końcu znaleźliśmy się na szczycie gdzie na metalowym słupie zawieszona była flaga kenijska z napisem Point Lenana 4895 m.
Udało się!!! Miękną nogi na myśl o tych wszystkich chwilach poprzedzających bycie tu na szczycie. O planowaniu, o przeszkodach, o przypadkowości wielu wyborów, które nas tu zaprowadziły.
Tak, po prostu szczęśliwa chwila, konsumpcja satysfakcji z realizacji celu.
Przez chwilę nawet mieliśmy piękny widok na całe otoczenie szczytu. Ośnieżone przepaście, lodowce, rozległe doliny, jeziora i ściana Batiana – najwyższego szczytu Mount Kenya na 5199 m. Spędziliśmy na szczycie 20 minut. Zejście przebiegło nam szybko i po 1,5 h byliśmy na dole zadowoleni, wyluzowani i zmęczeni. Czekał na nas lunch i pół godzinna drzemka. Nieprzespana noc teraz wychodziła a przed nami było jeszcze 6 h powrotu do schroniska Old Moses. Powrót był przyjemnym spacerkiem, pogodna bardzo łagodna bez wiatru i bez ostrego słońca. Była chwila na refleksje, porobienie zdjęć i długie dyskusje z Josephem. Końcówka drogi trochę nam się rozwlekła, trzeba było przyspieszyć by dotrzeć przed nocą na miejsce, gdzie czekała na nas suta kolacja i spanie (wreszcie!!!)
Fakty:
– czas trekkingu:
Shipton Camp – Point Lenana – 2,5 h
Point Lenana – Shipton Camp – 1,5 h
Shipton Camp – Old Moses – 5,5 h












