Mombasa

Na pytanie ile czasu potrzeba na zwiedzenie Mombasy odpowiem krótko- kilka godzin. My tego nie wiedzieliśmy, korzystając z przewodnika, którego autorzy  starają się być obiektywni, dlatego spędziliśmy tu o 1 dzień za długo. Ale po kolei.
Z Tiwi Beach do Mombasy dojechaliśmy autem z kierowcą; odrzucił nas do portu gdzie trzeba przepłynąć promem by dostać się do miasta. Tuż przed portem znajdowała się najbrudniejsza miejscowość jaką widzieliśmy podczas podróży- Likoni. Smród i syf wręcz wylewały się na ulicę, którą maszerowaliśmy dziarsko w kierunku doku promowego. Tam w wielkim tłumie i apokaliptycznej ciszy czekaliśmy na moment otwarcia bramy. Tłum wlał się na darmowy prom. Rejs trwa 5 minut i jesteśmy w Mombasie – ostatniej miejscowości tej wyprawy.
Sytuacja jest już w miarę rozpoznana, chcemy się zakwaterować jak najbliżej Old Town, nic innego w tym mieście nie zamierzamy oglądać. Riksiarz podrzuca nas pod New Palm, gdzie mimo wielu mankamentów decydujemy się zostać. Do Old Town mamy 15 minut piechotą. Miasto w tej części wydaje się małe, spokojne i bezpieczne. Spacerujemy leniwymi uliczkami, dochodząc do Fort Jesus – głównego zabytku starego miasta. Kolonialne forty są bardzo podobne do siebie na całym świecie, ale tu  mamy wystarczająco dużo czasu by zagłębić się w ciekawą historię miasta. Upał i wilgoć wysysają z nas skutecznie całą energię. 
Końcówka wyprawy  nie budzi większych emocji więc zapuszczamy się w kręte i wąskie uliczki Old Town próbując podążać za mapką z Lonely Planet. Szybko się jednak gubimy się , gdyż nie sposób inaczej w tej plątaninie nieoznaczonych dróg. Widać tu wiele meczetów, Mombasa i okolice jest zdecydowanie muzułmańska. Zadziwiają też transparenty słynnych drużyn piłkarskich wywieszone w widocznych miejscach. Widać, że drugą religią są tu rozgrywki Ligii Mistrzów. Na pierwszej głównej ulicy zamieszkują fani Liverpoolu, w uliczce obok dają o sobie znać fani Bayernu Monachium a jeszcze dalej napotykamy entuzjastów FC Barcelony. Zdumiewające jaką siłę ma piłka nożna i jak łatwo pokonała granice. Co drugi mieszkaniec tej planety kibicuje Barcelonie i nie ma w tym już nic dziwnego. Old Town Mombasy nie powala tak jak np. Stone Town na Zanzibarze. Architektura z ciekawymi balkonikami i okiennicami jest niemal niewidoczna spod zwojów kabli i czerni odpadających tynków. Sterty cuchnących śmieci leżą co kilka metrów. Najciekawszy był widok na zatoczkę miasta, pokazał jego różnorodność i urokliwe położenie.
Wieczorem udaliśmy się na poszukiwanie życia nocnego. W miejscowym barze panował gwar i hałas, leciał Strażnik Teksasu na jednym telewizorze a na drugim…..cóż by innego niż Liga mistrzów. Poszliśmy szukać czegoś więcej, ale na nic ciekawego nie natrafiliśmy. Główna ulica upstrzona neonami znanych światowych marek pustoszała po zmierzchu, a do innych rozrywkowych części miasto było nam za daleko. Gdzieś wyłaziło z nas zmęczenie i brak chęci do dalszych doświadczeń. Piwo na hotelowym poddaszu pod kenijskim niebem było najlepszym wyjściem.
Zawsze w takich sytuacjach zastanawiam się nad wielomiesięcznymi podróżami. Skoro po 3 intensywnych tygodniach czuję, że akumulatory są w pełni naładowane to jaką chęć do poznawania świata ma człowiek będący np. cały rok w drodze? Czy go coś jeszcze ciekawi czy tylko instynktownie szuka spokoju i wygody? Mam nadzieję kiedyś się tego dowiedzieć empiryczne. Na pewno plan wpływa na tempo podróży i nastawienie do wszystkiego co spotykasz. My po tych 3 bardzo kolorowych i intensywnych tygodniach powoli zaczynamy się przestawiać, wygaszać…
Kolejny dzień zaczynamy od misji, w którą sami nie wierzymy. Udajemy się do firmy, która nas orżnęła w Nairobi na biletach po to by powalczyć o swoje. Wiemy, ze odzyskać pieniądze będzie trudne ale zaznaczyć swoje zdanie warto. Sytuacja jest nieco surrealistyczna i komiczna zarazem. Oto w czarnym i odrapanym pomieszczeniu 1×1 m wyglądającym jak dziupla w ścianie budynku siedzi przy biurku młody chłopak, około 20 lat. To lokalne biuro sprzedaży Casino Royalle J Wystraszony miętoli w rękach nasze nigdy-nie-ważne bilety i prosi nas o możliwość przełożenia swojej karty sim do mojego telefonu, żeby mógł zadzwonić gdzie trzeba-  bo mu bateria padła…..ręce opadają. Oczywiście skończyło się wzruszeniem ramionami. Tu każdy odpowiada tylko za własne czyny, a sprawa sprzed 2 dni jest już zamierzchłą historią.
Zgodnie z przewidywaniami odchodzimy z kwitkiem i wbijamy się w gęsty bazar. Błądzimy tu kilka godzin w nieznośnym upale by poznać Mombasę od podszewki. To jest tez nasz czas na dokonanie jakichkolwiek drobnych zakupów za ostatnie pieniądze. Kończy się na kilku tiszertach i 2 małych figurkach. Co roku z każdego wyjazdu przywożę coraz mniej. Poszukiwanie czegoś co nie jest tandetą za rozsądne pieniądze to szukanie igły w stogu siana. Dodatkowo trzeba walczyć z każdym właścicielem sklepu by cię wypuścił wolno na ulicę gdy nie decydujesz się na zakup. Po długich negocjacjach zwykle wychodzę ze sklepu z nieplanowanym rzeczami, które później zalegają mi po szufladach lub znajduję je w sklepach we Wrocławiu za połowę ceny, importowane prosto z Afryki, to samo, bez walki ryzyka zniszczenia w obładowanym plecaku. Bezsens i strata czasu. Marżę o wyzwoleniu i podróży bez aparatu i zakupów pamiątek. Dorastam do tego powoli i świadomie.
Tymczasem pozostał nam ostatni posiłek przed udaniem się taksówką na lotnisko. W Polsce końcówka listopada 2011 a w Mombasie leje się żar z nieba.  Po 3 tygodniach włóczenia się po wschodniej Afryce kończy się wyjazd.


Głowy mamy nabite obrazami i doświadczeniami. Mamy też plany na najbliższe kilka dni po przyjeździe. One podnoszą na duchu i pozwalają przetrwać wielogodzinny lot (znów puszczają sex and the city w samolocie… ) i ten okrutnie długi layover w Addis. Tu mam okazje ponownie rzucić palenie. Przed zimą zawsze łatwiej. De ja vois z poprzedniego roku. To samo miejsce, to samo postanowienie. Tym razem na pewno się uda!

KONIEC 

Następna relacja: Peru 2012 już tej jesieni 🙂 

5 komentarzy

  • Anonimowy

    Kapitalny materiał. Gratulacje. Przed słowem KONIEC brakło mi tylko podsumowania kosztów. Ale policzę sobie na piechotke jeszcze raz rozkoszując się obrazami i wspaniałym tekstem.
    Powodzenia w nastepnych wyprawach;)

  • Anonimowy

    REPORTAŻ CUDOWNY…

  • Anonimowy

    Dziękuję.
    Miło było poczytać o Kenii iTanzanii w niedzielny wieczór.

  • RD

    Mi również miło:) w grudniowy wieczór pracuję na tekstem o Gruzji z lipca tego roku. pozdrawiam

  • Anonimowy

    Dziękuję, bardzo pomocny tekst! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.