Porto Moniz i Sao Vincente – północne wybrzeże i nie tylko

Dziś zaczynamy od najbardziej odległego punktu od Funchal czyli od Porto Moniz. Jedzie się tu ok godziny szybką trasą. Na odcinku wzdłuż północnego wybrzeża przejeżdżamy niezliczoną ilością tuneli i docieramy do celu. Porto Moniz słynie z naturalnych basenów, które w styczniu możemy co najwyżej pooglądać. Latem na pewno przyjemnie się tu schłodzić ale dziś jest 15 stopni i wieje jak w kieleckiem. Z naturalnością tych basenów można by dyskutować, gdyż widać betonowe plomby bez których woda by się tu nie utrzymała. A przynajmniej nie w takim kształcie.

Ogólnie na Maderze betonu nie pożałowano. Wszystko jest przygotowane do ludzi: lewady, ścieżki górskie, drogi, tunele a nawet groty skalne do zwiedzania w Sao Vicente. Budowa tuneli to chyba tutejszy sport narodowy. Jest ich setki i są na każdym kroku często w absurdalnych miejscach równolegle do normalnej drogi. Komuś najwidoczniej opłacało się wydawać środki unijne bo wyspa o populacji 260 tyś mieszkańców ma infrastrukturę lepszą niż niejedno kilkumilionowe miasto w Europie. To daje do myślenia.

Nie zastanawiając się jednak wiele nad sprawami wagi ciężkiej kierujemy się już spokojniej w stronę Seixal zatrzymując po drodze w kilku innych malowniczych miejscach. Samo Seixal jest ładnie położone i warto tu zajechać choćby na chwilkę.

Najbardziej nam jednak szkoda, że drogi którymi kiedyś tu się podróżowało zanim wybudowano tunele są już zamknięte. Jeszcze je widać jadąc drogą główną; są zablokowane i zasypane spadającymi kamieniami.

Sao Vicente słynie z grot wulkanicznych, do których zmierzamy powolnymi krokami. Zanim jednak to nastąpi zatrzymujemy się na mały lunch w sennym centrum miasteczka. Tu nasz mały ma okazję wybiegać się na placu zabaw i pokarmić zwierzęta przy szopce bożonarodzeniowej wystawionej obok kościoła.

Wszystkie miejscowości na Maderze poza Funchal są małymi mieścinkami, które nie wymagają żadnej nawigacji. Nawet stolice regionów takie jak Calheta, Porto Moniz, Sao Vicente czy Machico to kilka ulic na krzyż, gdzie nie sposób się zgubić. Więc jeśli planujecie się poruszać samodzielnie po Maderze nie trzeba tu szukać atrakcji na mapie. Po wjechaniu do miejscowości wystarczy patrzeć na brązowe drogowskazy, które bezbłędnie pokażą drogę do występujących tam atrakcji turystycznych.

Tak właśnie trafiamy do Grutas – czyli grot wulkanicznych. Wstęp po 8 EUR od osoby i zwiedzanie tylko w grupie z przewodnikiem anglojęzycznym trwa ok 30 minut. Jaskinie wulkaniczne są bardzo ubogie w formie w porównaniu do krasowych ale to zawsze coś nowego i ciekawego. Droga podziemna przygotowana i oświetlona, nawierzchnia mimo że mokra to i tak wylana betonem pod zwiedzających. Wycieczki zorganizowane śmigają jedna za drugą…Po zwiedzaniu grot w cenie biletu mamy jeszcze muzeum w temacie wulkanów z pokazami multimedialnymi i pokaźną dawką wiedzy o erupcjach, lawach i podmuchach piroklastycznych.

W drodze powrotnej nie powstrzymaliśmy się by nie zjechać na Rosario i wspiąć się jeszcze raz na Encumedea, gdzie przejeżdżaliśmy dzień wcześniej. Dziś słońce popołudniowe dopisywało a z nim nadzieja na lepsze widoki z góry. Przy okazji zajechaliśmy obejrzeć reliktowe lasy wawrzynolistne, których fragment można obejrzeć na miejscu piknikowym przy jedynym parkingu wzdłuż tej pnącej się w górę drogi między Rosario a Encumadea. Nie sposób go pominąć, znajduje się niewiele przed samym szczytem. To naprawdę fajne miejsce na piknik, cudownie świeże i pachące górskie powietrze, przygotowane ławeczki i miejsca na grilla a i młodzież może się wyhasać na świeżej zielonej trawce 🙂

Tuż za skrzyżowaniem znajdującym się chyba najbliżej środka Madery jest jeszcze jeden punkt widokowy, a potem malownicza droga w dół prosto do Ribeira Brava.

Końcówka dnia to zwykle czas dla naszego dziecka, które ma obiecaną wizytę na plaży z kamieniami i co najmniej pół godziny rzucania z tatą kamieni do wody. Jednak Ribeira Brava na deptaku przy morzu oprócz rzędu knajp ma plac zabaw z ciuchcią(!!!), który wygrywa z kamienistą plażą tę nierówną batalię. Jest tu również mini latarnia morska położona na skale i jakiś mega kościół, którego odwiedzenia zapewne nie jesteśmy godni. Jeśli macie dzieci i chcecie coś zjeść w spokoju to to miejsce może okazać się pomocne. Placyk zabaw a obok stoliki knajp ( niezbyt wyszukanych snack barów trzeba dodać) a wszystko z widokiem na ocean i góry. Brzmi nieźle!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.