Tulum

W mieście Tulum można szukać noclegów za 700 peso ale miasto jest połozone daleko od plaż. Nad samym morzem w tutejszej Zona Hotelara nie ma z kolei szans na nocleg poniżej 1000 peso w sensownych warunkach. Obeszliśmy około 10 hoteli licząc że znajdziemy coś więcej niż na necie ale większość była całkowicie zapełniona a ceny wahały sie od 150 USD za noc! Bez takich kwot nie ma co się łudzić. Samo to, że cenniki są tu w USD juz wiele mówi. Koniec końców znaleźliśmy w jednym obiekcie El Carakol promocję 2 noce za 150 USD w bungalowie bez klimy i ciepłej wody. A zimna była słona 🙂 po dłuższych namysłach zostaliśmy. Warunki jakby nie było dość spartańskie ale klimat mieszkania w kameralnym domku na drzewie w dżungli wydawał mi się wtedy fajny. Pod stopami piasek, morze 50 metrów od drzwi, odgłosy cykad i szum morza byly przekonywującego. W zasadzie lepszych alernatyw nie było; w mieście już nie chcieliśmy zostawać.

 
 
 

Zona Hotelara w Tulum to jedna długa i wąska droga, wzdłuż której ciągną się hotele przez ok 10 km. Może kiedyś była to hipisowską alternatywa dla Cancun, dziś różni sie tylko tym, że jest bliższa naturze i bardziej rustykalna. Hotele są niskie, w większości to luksusowe bungalowy przy plaży. Wiele z nich jest na prawdę wypasionych i kuszących. Jest tu mnóstwo szkół jogi i resortów o hinduskich nazwach co ma nawiązywać do duchowości i natury. Można się przebrać w luźne galoty (do kupienia na miejscu) i poudawać hipisa dopóki sie limit na karcie nie skończy. Z ciekawostek, pod hasłem '100 % nature’ oferuje się często brak klimatyzacji i spartańskie warunki – mistrzostwo marketingu 🙂 Nawet bankomaty są tu obłożone bambusowymi palami. Na ulicach przechadzają sie w większości Amerykanie ale tacy jakby bardziej nadęci.

 

 

 
 

Ja chyba nie mam szczęścia do tzw. rajskich plaż. Gdzie nie byłem tam zawsze było coś co odbierało im tej rajskosci. Tym razem były to algi, ktore wskutek mocnych fal poodrywaly się od dna i pokryły brzeg plaży. Mnóstwo ich rownież pływało w morzu. Zatem znów nie bedzie widokówkach zdjeć.

 

 

 

Ogólnie Tulum do naszej wyprawy średnio sie wpisało. Nagle znaleźliśmy sie w 51 stanie USA gdzie za lunch przyszło nam płacić 500 peso. A za 'hotel’ gdzie pierwszej nocy ubiłem 4 karalce – ponad dwa razy tyle gdzie wszędzie indziej. Coś tu nie zagrało. Ludzie którzy tu przyjeżdzają maja inne cele- imprezują po nocach, pływają na kite’ach, nurkują na rafie- do tych celów to miejsce na pewno doskonale sie nadaje. My pobawiliśmy sie cały dzień z Franeczkiem na plaży, wieczorem zaś pichcilismy krewetki we wlasnej mini kuchni. W kraju gdzie owoce morza są na wyciagnięcie ręki płaci sie słono i nie zawsze zje się dobrze.

Za 6 mini krewetek z łyżką ryżu i plastrem awokado płaciliśmy 150 peso podczas gdy w sklepie świeże kosztują 120 za kg.  W restauracji w zonie hotelowej Tulum pewnie za taką porcje musielibyśmy dać ponad 200. Na plaży w nocy spacerują tłumnie turyści, którzy nigdy by tego nie robili gdyby Zona nie była strzeżona na wjeździe. To sztucznie stworzony spreparowany świat, z którego jutro wyjeżdżamy. Nie ma tu innych obiektów niż hotele, nie ma domów, nie mieszkają tu Meksykanie.

W Tulum nawet ludzie się nie uśmiechali co było powszechne gdzie indziej. Zarówno Amerykanie jak i Meksykanie byli mega zdystansowani i chłodni.

Następnego dnia pojechaliśmy zwiedzać ruiny Tulum. Są rzeczywiście pięknie usytuowane przy plaży. Same konstrukcje finezją nie powalają ale miejsce i nadrabia wiele. Co nie było naszym zaskoczeniem spotkaliśmy tam tłumy turystów.  Tłumy były tak ogromne, że szliśmy w kolejce.  Był to przegląd tatuaży i wylewającego się tłuszczu bo do zwiedzania ruin Tulum większość wyszykowała sie jak na plaże. Pod ruinami jest rzeczywiście malutka plaża, na której kąpało się mnóstwo odwiedzających. Co dziwne, w innych miejscach prawie nikt tu nie w wchodził do wody. Widać było tylko kitesurferow i małe dzieci brodzące przy brzegu. Ruiny Tulum są też niekorzystne dla wózka dziecięcego bo jest dużo schodów i ścieżki z piachu. Tylko na początku były podjazdy ale szybko sie skończyły. Oczywiście nie było możliwości zrobienia dobrych zdjęć bez ludzi. Zadowolilismy się zatem realnymi obrazami.

 
 
 

 

Jeden komentarz

  • Andrzej

    Chyba bałbym się pojechać do Meksyku. Choć na pewno jest to miejsce, które warto zobaczyć.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.